Recenzja horroru

Alison's Birthday
Tytuł oryginalny:
Alison's Birthday
Reżyseria:
Ian Coughlan
Scenariusz:
Ian Coughlan
Obsada:
Joanne Samuel, Lou Brown, Bunny Brooke, John Bluthal
Kraj:
Australia
Rok produkcji:
1981
Czas trwania:
97 minut






Podczas amatorskiego seansu spirytystycznego z wykorzystaniem tabliczki oujia, trzy dziewczyny nawiązują kontakt ze zmarłych ojcem jednaj z nich. Duch ostrzega nastolatkę, że w dniu jej dziewiętnastych urodzin ma się wydarzyć coś strasznego i dziewczyna musi za wszelką cenę zachować ostrożność. Dla jednej z dziewczyn seans kończy się tragicznie,ponieważ zostaje przygnieciona regałem. Akcja przenosi się kilka lat do przodu, Alison jest już pełnoletnia i wkrótce będzie obchodzić kolejne urodziny. Aby to uczcić, dziewczyna zostaje zaproszona w odwiedziny do wujostwa. Nieświadoma niebezpieczeństwa, nie domyśla się prawdziwych intencji swojej dalszej rodziny, silnie powiązanej z pradawnym kultem Druidów.
Czciciele diabła, amatorzy czarnej magii, członkowie diabolicznych kultów i sekt nie mają się zbyt dobrze we współczesnym kinie gatunku. Kiedyś budzili autentyczną grozę, pojawiając się w szeregu produkcji, zrealizowanych przede wszystkim w latach 70. Dziś zepchnięci na dalszy plan przez azjatyckie zjawy o kruczoczarnych włosach i bladych obliczach albo sadystycznych oprawców błąkają się po nielicznych obrazach nie powodując większego zainteresowania ani producentów,ani widzów. Rzadko kiedy też wzbudzając realny niepokój, czemu akurat trudno się dziwić, ponieważ w świecie ogarniętym lękiem przed terroryzmem, bezsensownymi aktami przemocy desperatów, zagrożenie z ich strony cieżko brać na poważnie. Dobitnie pokazał to jakiś czas temu Roman Polański w swoim bardzo udanym horrorze "Dziewiąte wrota", a ostatnio chociażby Pascal Laughier w "Martyrs". Co prawda reżyserzy i scenarzyści zawsze będą sięgać po sprawdzone formuły, więc nie sądzę, aby zabrakło nam produkcji z czcicielami kultów wszelkiej maści. Był jednak czas, kiedy mieli oni zapewnione stałe i chlubne miejsce w filmach grozy.
Dlatego też co jakiś czas z przyjemnością wracam do horrorów z lat 70-tych, gdzie można do woli przebierać w diabelsko-okultystycznych tytułach. Niewątpliwie istotną rolę w pojawieniu się tej tematyki w kinie odegrało "Dziecko Rosemary" Polańskiego. Ten klasyk kina grozy miał olbrzymi wpływ nie tylko na tamtejszą kinematografię ("Race with a Devil" itd.) ale - jak się okazuje - również i na filmy z innych krajów. Podczas seansu australijskiego obrazu "Alison’s Birthday" trudno nie odnieść wrażenia, że jego twórcy również byli mocno zafascynowani dziełem Polańskiego. Co prawda nie ma tu szatańskiego noworodka, w miejsce Rogatego jest druidzki kult Myrny, a w zastępstwie sąsiadów jest ciotka i wujek młodej kobiety, która wyczekuje swoich dziewiętnastych urodzin, a nie dziecka, to jednak podobieństwa są zauważalne na pierwszy rzut oka. Ta sama zaciskająca się wokół bohaterów pętla zdarzeń, podobnie przedstawiony spisek, w którym biorą udział zaufane osoby, podejrzane zachowanie niepozornych opiekunów, a nawet stosowanie przez nich takich samych metod (podawanie tajemniczych specyfików). Nie wystarczy jednak zaadoptowanie niektórych pomysłów z wielkiego dzieła, aby również stać się wybitnym twórcą. Do tego potrzeba połączenia wielu elementów, które razem będą tworzyły spójną i doskonałą całość. "Alison’s Birthday" brakuje pierwszorzędnego scenariusza, mistrzowskiej ręki wybitnego reżysera, genialnie wykreowanego nastroju oraz wielu innych cech, które zadecydowały o sukcesie "Dziecka…". Australijska produkcja to zwyczajna historia opowiedziana bardzo dosadnie, bez żadnych niedopowiedzeń, prosta i płytka psychologicznie, bez wielkiej dramaturgii, stworzona jedynie na obraz i podobieństwo innych filmów o zbliżonej tematyce. Są w niej rytuały, w których zakapturzone postacie w niebieskich strojach - członkowie sekty - oddają się we władanie tajemniczej siły. Wszystko podane jest bezpośrednio, brak jakiegokolwiek sugerowania, a większość prób zaskoczenia widza okazuje się niechybnie przewidywalna, a tym samym dość rozczarowująca. Co ciekawe, sam scenariusz, pomimo pewnych oczywistości i dosłowności, nie jest aż tak zły, ale przydało by się w nim kilka zmian, dotyczace np. głównej postaci, Alison, od której sympatyczniejszym bohaterem wydaje się jej chłopak, który nie ustaje w dociekaniu prawdy. Natomiast dziewczyna bezwiednie poddaje się swojemu losowi i jest uległa jak baranek prowadzony na rzeź, przez co sprawia wrażenie postaci nieco bez życia. Zdecydowanie też przydałby się ktoś lepszy na reżyserskim krzesełku, ktoś kto ma ciekawszą wizję, a nie zdaje się na dość znane rozwiązania. Coughlan potrafił sobie poradzić z materiałem jedynie przez pierwsze 35 minut., przez ktore film całkiem dobrze się ogląda. Reżyserowi udaje się stworzyć nieco klimatu. Sceny, w których Alison po raz pierwszy odkrywa monumentalne kamienie znajdujące się w przydomowym ogrodzie czy też błąkająca się po nocach babcia to najlepsze momenty australijskiej produkcji. Niestety druga część wypada nieco gorzej. W miarę upływu czasu tempo staje się dość wolne, reżyser redukuje i tak dość wolny bieg i niekiedy zaczyna być nudnawo. Na nic próby ożywienia filmu poprzez sceny pogoni na cmentarzu, czy prywatne śledztwo chłopaka Alison. Zupełnie niepotrzebnie też w końcowych scenach zdecydowano się wytłumaczyć pewne oczywistości. Całości nie pomagają również efekty specjalne w postaci niebieskiego światła, towarzyszącego obrzędom, które wyprzedzają swoją epoką i wyglądają jakby zostały zrealizowane w latach 80. Zresztą techniczna strona filmu sprawia wrażenie produkcji przygotowanej na potrzeby telewizji. Przemawia za tym również fakt, że jest całkowicie bezkrwawy, choć czasem aż się prosi, aby dodać jakiś mocniejszy akcent.
Horror nieco przykurzony, ale mimo wszystko całkiem przyjemnie się go oglądało. Po seansie odżywa nieco tęsknota za czasami, gdy taśmę filmową zaludniało wielu czcicieli diabła i sekciarzy. Co prawda jest wiele obrazów wykorzystujących podobne wątki i to zapewne lepszych, ale jednak "Alison’s Birthday" można obejrzeć bez poczucia straconego czasu. Jeśli jednak poszukujecie jakiejś dobrej australijskiej pozycji grozy warto sięgnąć po inne tytuły ("Razorback", "Next of Kin").