Recenzja horroru

Crack in the Floor, A (Zło pod podłogą)
Tytuł oryginalny:
Crack in the Floor, A
Reżyseria:
Sean Stanek, Corbin Timbrook
Scenariusz:
Sean Stanek, Corbin Timbrook
Obsada:
Mario López, Gary Busey, Bo Hopkins, Rance Howard
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2000
Czas trwania:
90 minut
Coś okrutnego czai się w piwnicy położonego na odludziu domu w spokojnym z pozoru miasteczku. Złowieszcze oko łypie przez szczelinę w podłodze wyczekując kogokolwiek, kto nieopatrznie zapuścił się w te strony. Matka słusznie wpajała Jeremiah zasadę, że trzeba trzymać się z dala od ludzi. Ludzie są niedobrzy, krzywdzą takich jak on. Trzeba się ich pozbyć…
To coś co mieszka w podziemnej części domku nie jest jednak wcale tak okrutne i brutalne, jak ktoś mógłby się spodziewać. Niestety, brak odwagi ze strony twórców zahamował najwyraźniej mordercze zapędy bestii z podziemi domostwa. Owszem, wszyscy, którzy zakłócą jej spokój będą odpowiednio ukarani, jednak sama egzekucja za każdym niemal razem wypada dość nędznie. Co prawda w ruch idą różne narzędzia, jednak gołym okiem widać jak tandetnie, bez polotu i niemalże bezkrwawo jest to zrobione. Sztuczność wszystkich tych scen jest ewidentna: a to facet kurczowo łapie widły wbite gdzieś obok niego, a to młody chłopak miota głową w rzekomo zaciśniętych na jego skroniach metalowych szczękach wnyk. Nawet początkowa scena gwałtu, zapowiadająca się całkiem nieźle, jest ostatecznie przedstawiona w dość teatralny sposób, bo dwaj panowie, którzy w niej się pojawiają najwyraźniej zbyt wczuli się w swoje role. Dlatego pod względem realistycznego i poważnego podejścia do przedstawionych wydarzeń "A Crack…" nie prezentuje się najlepiej.
Inne pytanie czy faktycznie miał? Mam z tym pewien kłopot, bo nie do końca jestem pewin, co twórcy chcieli tym filmem osiągnąć. Z jednej strony odnoszę wrażenie, że chcieli nakręcić film na serio, że naprawdę chcieli widzom zaoferować zwykły horror, z drugiej mało profesjonalne podejście do jego realizacji i zbyt duża dawka dość ciężkiego, a niekiedy irytującego humoru sugeruje co innego. Z uwagi na te liczne elementy pseudo-dowcipne, które jednak nie uzasadniają zaliczenia "A Crack…" do komedii, powstaje wrażenie, że film powstał bardziej dla zgrywy i raczej jako parodia standardowego kina grozy niż jego kolejna odsłona. Jest jednak pewien drobiazg. Być może wszyscy na planie dobrze się bawili, potem z uśmiechem zadowolenia pokazali film znajomym, natomiast to wcale nie znaczy, że jest się tu coś naprawdę interesującego. Wyśmianie konwencji przy jednoczesnym zachowaniu jego reguł powinno być doskonałym przykładem udanej parodii, jednak nie dotyczy to tego przypadku. Prześmiewcze aspiracje nie przekładają się na efekty, bo prawie za każdym razem pomysły na celne sparodiowanie znanych i standardowych klisz kina grozy okazują się zupełnie chybione. O ile tak właśnie to miało wyglądać, bo idea "A Crack…" nadal jest dla mnie pewną zagadką.
Amerykańska produkcja jest filmem nieskładnym, nieuporządkowanym, niedbale przygotowanym oraz zrealizowanym. Po części to efekt mało oryginalnego scenariusza, który mógłby być z powodzeniem potraktowany jako wzór na najbardziej typowy horror dla niewymagającego widza. Postaci zostały napisane na zasadzie zapożyczenia z innych obrazów gatunku i są byle jakie, no ale przecież ktoś w tych kadrach pojawiać się przecież musi. Jakiekolwiek próby nadania im wiarygodnych cech ludzkich kończą się fiaskiem: ani roztrzepany młody policjant, ani jego doświadczony przełożony, ani nikt z grupki młodych bohaterów nie są na tyle przekonujący, aby uznać je za prawdziwe osoby. Owszem, ktoś jest poetą (więc musi być wrażliwy), ktoś studiuje psychologię (więc zna się na ludziach, co może się okazać zbawienne w konfrontacji w bestią), ktoś spodziewa się dziecka (co cementuje związek), ale to wszystko jest bardzo płytkie i w większości przypadków bez jakiegokolwiek znaczenia dla fabuły. Wydawać by się mogło, że nowa osoba pojawiająca się w towarzystwie stanie się naturalnym bohaterem filmu, jednak i ona pozostaje nim jedynie na papierze. Wszyscy padają jak muchy, a mnie to zupełnie nie obchodziło. Nawet postać ludzkiej bestii i jej motywacja jest tak banalna, że nie ma tu o czym pisać. Dobrze, że chociaż oszczędzono jej wygłaszania jakichkolwiek tekstów, bo większości dialogów w filmie równie dobrze mogłoby nie być.
Kwestia kiepskiego scenariusza to jedno, natomiast same umiejętności reżyserskie to drugie. Pech chciał, że za jedno i drugie odpowiadają te same osoby: Sean Stanek i Corbin Timbrook. Nic więc dziwnego, że realizując swoje niezbyt udane koncepcje stworzyli film rozwlekły, pozbawiony napięcia, dynamiki, a przed wszystkim nieciekawy, zwłaszcza w pierwszej jego części. Wszystko jest wolne i nijakie, odniosłem wrażenie, że przez większość ekranowego czasu bohaterowie starają się dotrzeć do celu, minuty mijają a oni nadal jadą i szukają. Przyczyniła się do tego również w dużym stopniu rzekomo zabawna scena na stacji benzynowej, w której epizod zagrał Gary Busey. Nie ma ona żadnego związku z fabułą i sprawia wrażenie źle naszytej łaty, ale to zapewne nieważne, bo pewnie fajnie jest mieć w swoim filmie choć przez chwilę jakiegoś lepiej rozpoznawalnego aktora, prawda? Przez tę ślamazarność w pierwszej połowie, w której naprawdę niewiele się dzieje, dalej trzeba było nieco podgonić, dlatego akcja bardzo zagęszcza się w ostatnich kilkunastu minutach. Reżyserzy poświęcają więcej czasu na to, co nieważne, niż na to, co naprawdę istotne. Rozbudowują sceny, które nie mają większego znaczenia, a nie angażują się chociażby w kreowanie napięcia, wtedy kiedy jest to najbardziej pożądane. Przykładowo w scenie przy ognisku pozwalają jednemu z bohaterów na długą i nieistotną recytację wiersza, a drugiemu na opowiedzenie całkowicie oderwanej od całości historii mordercy zwanego Pustym Człowiekiem. Natomiast gdy zostaje odkryta kryjówka bestii i nadarza się doskonała okazja by wreszcie postraszyć choć trochę wynudzonego widza reżyserzy nie robią zupełnie nic. Widocznie ktoś zapomniał szepnąć im do ucha kilku użytecznych wskazówek, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Jedyne na co zwróciłem uwagę to zakończenie, które jest raczej rzadko spotykane w podobnych produkcjach.
Braki warsztatowe, niechlujna realizacja, brak zdecydowania co do kształtu całości i inne wady powodują, że "A Crack…" nie zadowoli, moim zdaniem, większości fanów gatunku. Łącząc bowiem te wszystkie elementy w jedną całość otrzymujemy horror bez przekonania, bez pomysłu i zwyczajnie bez sensu. Oglądanie podobnych knotów sprawia mi wątpliwą przyjemność.