Recenzja horroru

Dark Waters
Tytuł oryginalny:
Dark Waters
Reżyseria:
Mariano Baino
Scenariusz:
Mariano Baino, Andy Bark
Obsada:
Louise Salter, Venera Simmons, Mariya Kapnist, Valeri Bassel
Kraj:
Rosja, Włochy, Wielka Brytania
Rok produkcji:
1993
Czas trwania:
89 minut






Na początku lat ’90 ubiegłego stulecia włoski horror miał swoje najlepsze lata dawno za sobą. Od czasu do czasu pojawiał się film, na który warto było zwrócić uwagę, ale starzy mistrzowie albo już nie żyli, albo kręcili filmy, które były jedynie cieniem dawnych dokonań. O ówczesnych próbach pożenienia popularnego niegdyś gatunku jakim było giallo z pornografią lepiej w ogóle nie wspominać. Jednym z dzieł, które zasługuje na wnikliwą uwagę jest "Dark Waters" Mariano Baino, który choć dzieje się w klasztorze pełnym biczujących się zakonnic, na szczęście nie ma wiele wspólnego z rozerotyzowanym nurtem nunsploitation.
Elisabeth po latach powraca na wyspę, na której się urodziła. W testamentowych zapisach swego ojca znalazła wskazówkę, by kontynuować utrzymanie klasztoru, na który łożył również on. Młoda kobieta chce się dowiedzieć, czym owo religijne zgromadzenie zasłużyło sobie na taką hojność. Dodatkowo, na wyspie przebywa jej przyjaciółka – Teresa. Po przybyciu na wyspę okazuje się, że przyjaciółka zniknęła, a zakonnice zamieszkujące klasztor oddają się nader dziwnym rytuałom. Dokoła zaś unosi się aura tajemnicy i niewysłowionej obecności pradawnej istoty.
"Dark Waters" to pełnometrażowy debiut Mariano Baino, zrealizowany za niewielkie pieniądze na terenie Rosji i Ukrainy. Film utrzymany jest w duchu H. P. Lovecrafta, ze szczególnym wskazaniem na "Widmo nad Innsmouth". Akcja rozgrywa się na odizolowanej do świata wyspie, która ma znikomy kontakt z lądem. Ten niewielki skrawek ziemi jest zamieszkany przez osobliwych tubylców i tajemniczy żeński zakon. Nad miejscem unosi się aura rozkładu i niebezpieczeństwa. W prologu widać starożytną księgę, zapisaną tajemniczym pismem i medalion przedstawiający złowrogie bóstwo – pysk pełen kłów okalany przez macki. Reżyser w komentarzu zamieszczonym na DVD wyznaje, że inspiracje mitologią stworzoną przez Lovecrafta, są wynikiem fascynacji twórczością pisarza.
Włoski horror to często dominacja formy nad treścią – Dario Argento czy Mario Bava mniej zainteresowani byli dopracowywaniem scenariuszy, bardziej wizualną i techniczną stroną swoich dzieł. To skupienie na wizualiach z brakiem nacisku na intrygę czyni "Dark Waters" dalekim krewnym wymienionych reżyserów. Z drugiej strony, historia opowiadana przez Baino układa się w miarę spójną całość (pomijając pewne niekonsekwencje fabularne), a niepokojące obrazy, którymi wypełniony jest film doskonale oddają nastrój tajemnicy i grozy. Reżyser nie jest więc tak radykalny jak Lucio Fulci w "The Beyond", z którym "Dark Waters" dzieli pewne wizualne tropy. Jednak tematyka - hołd dla Lovecrafta, oraz atmosfera czynią z filmu Baino dzieło całkowicie odmienne, trudne do umiejscowienia na filmowej mapie.
Rzeczą znamionującą talent Włocha jest strategia reżyserska, by opowiadać obrazami, zamiast pozwalać postaciom na długie dialogi. Już ośmiominutowa sekwencja otwierająca film, w której nie pada ani jedno słowo, wprowadza widza w niesamowity świat. Wielu początkujących reżyserów postawiło by na głos z offu, który zanudziłby mitologią filmu, wykładając łopatologicznie "co, kto i gdzie". Tutaj natomiast oczom oglądającego ukazuje się krajobraz pełen niepokojących przedmiotów, który przywołuje na myśl majstersztyk surrealizmu – "Rękopis znaleziony w Saragossie" Wojciecha Hasa. Tłem dźwiękowym jest mroczna muzyka i złowieszczy szum fal, który sygnalizuje niebezpieczeństwo i złowróżbną obecność jakiejś pradawnej siły czy też mocy. Morze i skryte pod jego powierzchnią istoty to przecież królestwo Lovecraftowskiego Cthulhu i Dagona. Podróż Elisabeth w kierunku wyspy, autobusem pełnym dziwacznych postaci ponownie przywołuje "Widmo nad Innsmouth". Te skojarzenia nie są dosłownymi cytatami z utworów Samotnika z Providence, raczej wydarzeniami osadzonymi w stworzonym przez niego świecie. Elisabeth wkracza do nieznanego sobie i niebezpiecznego świata. Przybywa z Londynu, serca cywilizacji, do krainy, którą rządzą zupełnie inne prawa i obyczaje, gdzie nie ma nawet elektryczności czy najbardziej podstawowych wygód współczesnego miasta. Baśniowość świata, w którym się znalazła została znakomicie uchwycona za pomocą prostych środków. Kobieta ubrana jest we wściekle czerwony płaszcz, który wyraźnie kontrastuje z mrokiem deszczowej nocy i łachmanami tubylców. Skojarzenia z baśniami braci Grimm są jak najbardziej na miejscu. Niesamowite wrażenie robią również postacie, które spotyka na swej drodze Elisabeth – przewoźnik, który obawia się o swoje życie na wzburzonym morzu; kapitan, który zgadza się przewieźć kobietę na wyspę mimo burzy; matka przełożona klasztoru; tajemniczy rybak w zdewastowanej chacie. Ponieważ większość obsady stanowili aktorzy i naturszczycy ukraińscy, którzy nie znali nawet jednego słowa po angielsku, swoich kwestii uczyli się na pamięć, bez rozumienia treści czy właściwej intonacji i akcentów. Efekt jest piorunujący, świetnie podkreśla obcość świata w którym znalazła się bohaterka. A Bela Lugosi ze swoim "I zon’t drink vine" może się schować.
Droga do samopoznania, którą przebywa Elisabeth usiana jest fantasmagorycznymi obrazami, które pełnią nikłą, lub zgoła żadną funkcję narracyjną. Ale Baino ma dobre oko do zapadających w pamięć scen i ujęć. Płonące krzyże, procesje zakonnic, grota oświetlona świecami, ślepy malarz tworzący krwią, zestawienie głowy zamordowanej kobiety z figurą Chrystusa – świat przedstawiony przypomina rzeczywistość sennego koszmaru. Wspomniana już scena otwierająca to niskobudżetowy majstersztyk hipnotycznego i przejmującego kina. Jak ujawnia operator kamery, całą sekwencję z zalewanym kościołem udało się nakręcić w jednym podejściu! A montaż synchroniczny sceny biczowania i zabójstwa wywołuje ciarki na plecach godne Argento w swych najlepszych momentach. To wszystko spowite jest nastrojową, momentami nieco pompatyczną muzyką Igora Clarka, która wpisuje się w odrealniony świat wyobraźni reżysera. I nawet gumowy łeb potwora, który pojawia się pod koniec filmu, który w innych warunkach raziłby swoją tandetnością, tutaj dość udanie spełnia swoją rolę. Nie przeraża, nie wywołuje strachu, co to to nie! Ale pasuje do nastroju, który wykreowali twórcy.
Reżyserski debiut Mariano Baino to kawałek wyśmienitego, nastrojowego kina. Ograniczenia finansowe i liczne przeszkody, które ekipa filmowa napotkała na Ukrainie i w Rosji nie stanęły na przeszkodzie, a być może wręcz przyczyniły się do unikalnego charakteru tego obrazu. Przesycony dusznym klimatem i fascynującą (choć pustą) ikonografią, stanowi znakomitą rozrywkę nawet podczas kolejnych seansów. To wraz z "Dellamorte Dellamore" Michele Soaviego łabędzi śpiew włoskiego horroru, który to gatunek dopiero od niedawna zaczyna znów wypuszczać młode i warte uwagi pędy na Półwyspie Apenińskim. A unoszący się nad filmem Baino duch Samotnika z Providence powinien stanowić dodatkową zachętę do seansu.