Recenzja horroru

Horror Diagnosis: Death

Diagnosis: Death (Diagnoza: śmierć)

Tytuł oryginalny:

Diagnosis: Death

Reżyseria:

Jason Stutter

Scenariusz:

Raybon Kan, Jason Stutter

Obsada:

Raybon Kan, Jessica Grace Smith, Suze Tye

Kraj:

Nowa Zelandia

Rok produkcji:

2009

Czas trwania:

90

Horror Diagnosis: Death - zdjęcie 1Horror Diagnosis: Death - zdjęcie 2Horror Diagnosis: Death - zdjęcie 3Horror Diagnosis: Death - zdjęcie 4Horror Diagnosis: Death - zdjęcie 5Horror Diagnosis: Death - zdjęcie 6

Co byście pomyśleli, gdybyście usłyszeli z ust lekarza wyrok: jest pan ciężko chory, nie możemy panu pomóc, ponieważ na to schorzenie nie ma lekarstwa, został panu najwyżej miesiąc życia? Kiepska perspektywa, co tu dużo pisać. Taką fatalną wiadomość otrzymał pewnego dnia, Andre, nieco niemoralny, ale sympatyczny, życiowy niedojda. Dla niego jednak jest jeszcze wyjście: może zostać "królikiem doświadczalnym" testującym najnowszy lek na - rzekomo śmiercionośną - chorobę. Po rozpoczęciu kuracji, Andre zaczyna doświadczać dziwacznych wizji. Czy to efekt uboczny terapii, czy też może to szpital kryje w sobie mroczną tajemnicę?

Dorobek gatunkowy kinematografii nowozelandzkiej jest tak skromny, że nie ma właściwie

o czym pisać. Każdy fan horroru oczywiście kojarzy wczesne niskobudżetowe produkcje Petera Jacksona, obecnie mające już status kultowych, jednakże poza powyższymi próżno szukać innych dokonań na tym polu. Krótki przegląd stron internetowych pozwolił wyłuskać jeszcze kilka innych tytułów, jednak ich dostępność jest bardzo ograniczona. Z tym większym zadowoleniem przyjąłem możliwość obejrzenia "Diagnosis: Death". Spotkał mnie jednak spory zawód, ponieważ nie jest to ani wielce przerażający horror ani bardzo śmieszna komedia.

W sumie trudno się temu dziwić, ponieważ ten, kto zdecydowałby się podążać drogą wyznaczoną kilkanaście lat temu przez Petera Jacksona, sam skazałby się na niepowodzenie. Jego filmy to obrazy na tyle charakterystyczne i oryginalne, że próby ich podrobienia najprawdopodobniej skończyłyby się klęską. Skopiowanie "Braindead"- szalonego kina gore i arcygroteskowej komedii - jest praktycznie niemożliwe. Zaś każdy nowozelandzki reżyser, który zdecyduje się zapuścić w obszary horroru-komedii nie uniknie porównań ze słynnym poprzednikiem. W taki właśnie sposób film Jasona Stuttera został przez wielu zaszufladkowany zanim jeszcze mieli okazję się z nim zapoznać. Jednak reżyser zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ "Diagnosis…" ma się nijak się do oryginalnych obrazów Jacksona. To największe i w zasadzie chyba jedyne (no może poza sceną, o której piszę kilka linijek niżej) zaskoczenie jakie niesie za sobą ten horror. Owszem, jest to połączenie kina grozy ze sporą dawką humoru, jednak w zupełnie innym – w mojej ocenie - znacznie gorszym stylu. Przede wszystkim jednak Stutter nie ma zamiaru obrzucać nas ociekającymi krwią odciętymi kończynami, czy w jakikolwiek inny sposób ubarwiać na czerwono taśmę filmową. Rezygnuje z komiksowej makabry, zdając sobie sprawę, że na tym polu nie ma szans, a zamiast tego stara się odnaleźć na zupełnie innych elementach. Reżyser proponuje formułę nastrojowego filmu grozy, opowieści o duchach, w której widoczne są inspiracje współczesnym kinem azjatyckim. Niestety te dobre wzorce nie zostały odpowiednio przez reżysera spożytkowane. Stutter zupełnie nie potrafi wykorzystać tych motywów i pomysłów, nie wie jak skutecznie przestraszyć widza, jak wzbudzić w nim choć nutkę niepokoju. To co proponuje jest bądź to zbyt banalne bądź niewystarczające by wywołać silniejsze emocje: rozmazane twarze, jakiś przewidywalny "fake scare", drugorzędne CGI to zdecydowanie zbyt mało, by usatysfakcjonować wielbicieli kina grozy. Być może zdarza się reżyserowi w niektórych scenach przemycić jakieś "przerażające momenty" ale ich rażąca "sztuczność" pozbawia całość większej mocy. I aż szkoda pisać, że poza tymi kilkoma fragmentami nowozelandzki film nie ma się czym pochwalić.

Z humorem niestety też nie jest najlepiej, bo jego poziom jest bardzo podobny do poziomu oferowanej grozy. Niby jest, a tak jakby go nie było. Wiele scen, które być śmieszne nie jest zbyt inteligentna bądź wyszukana i niestety nie wymaga od widza nawet prostych skojarzeń. Z drugiej strony, trudno wymagać od tego typu produkcji głębokiego i wielowarstwowego humoru. Przypadki udanego połączenia grozy z komizmem w horrorze zdarzają się niezwykle rzadko, co jedynie potwierdza tezę, że ciężko jest złączyć te dwa skrajne gatunki. Tyle, że nie trzeba zaraz tworzyć wyrafinowanej komedii (i chyba nie tego zresztą oczekiwałem), ale dobrze by było się jednak choć trochę pośmiać… Zawsze istnieje możliwość ucieczki w campową zabawę, absurdalne zgrywy, a nawet sytuacyjną głupotę. Często daje to o wiele lepsze efekty niż próby rozśmieszenia widza czerstwymi dowcipami. Niestety reżyser "Diagnosis…" taką właśnie przyjął taktykę i w związku z tym rzadko kiedy udaje mu się rozbawić widza. Pomimo wszystko reżyser dość zręcznie poradził sobie w niektórych momentach, np. na początku filmu, kiedy w zaskakujący sposób zaprezentował scenę, w której główny bohater dowiaduje się o swojej chorobie.

Stutterowi udało się również sprawić, że film nie ulatuje z głowy tuż po napisach końcowych, lecz następuje to kilkanaście minut później. Są jednak dwie sceny, które chyba najbardziej utkwiły oglądającym w pamięci. Pierwsza z nich to kopulujące zjawy-szkielety, które unoszą się nad uprawiającą miłość parą. Widok niecodzienny i doprawdy na tyle osobliwy, że na sali kinowej został nagrodzony gromkim śmiechem, a poza nią - żywiołowymi komentarzami. Druga scena to aplikacja czopka sfilmowana z miejsca, gdzie ów czopek ma trafić. Prawda, że śmieszne? Przyznam szczerze - myślałem, że pomysły na umiejscowienie subiektywnej kamery już dawno się wyczerpały, a tu proszę - jaka niespodzianka! Chyba największa w całym filmie, nie licząc braku jakichkolwiek odwołań do twórczości Jacksona, o czym wspominałem wcześniej.

Podsumowujc, "Diagnosis…" nie kryje w sobie żadnych innych rewelacji, zwłaszcza w sferze fabularnej. Historia jest w zgrana do bólu, jej poszczególne fragmenty podobnie, a zakończenie nie budzi większych emocji, ot wiele już mieliśmy podobnych filmów o zemście zza grobu za dokonane krzywdy. Dodając do tego przeciętną realizację, niewiele elementów grozy oraz humor nie najwyższych lotów otrzymujemy film, który mógłby się znaleźć w telewizyjnej ramówce. Ale to i tak by go nie uratowało.

Ocena: 2/6

Autor: Mort