Recenzja horroru

Drag Me To Hell (Wrota do piekieł)
Tytuł oryginalny:
Drag Me To Hell
Reżyseria:
Sam Raimi
Scenariusz:
Sam Raimi, Ivan Raimi
Obsada:
Alison Lohman, Justin Long, Lorna Raver, Dileep Rao
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2009
Czas trwania:
99 minut






Z Samem Raimi sprawa miała się nieco dziwnie. Mimo, że od nakręcenia ostatniej części "Evil Dead" minęło ponad 15 lat, a reżyser zdawało się wsiąknął w hollywoodzki mainstream kręcąc kolejne części "Spider-Mana", nikt nie oskarżał go o sprzedanie się czy zdradę fandomu. Mimo, że Ghost House Pictures, którego jest współwłaścicielem wypuszcza na rynek horrory o dość wątpliwej jakości (z chlubnym wyjątkiem "30 Days Of Night") Rami nadal otaczany jest szacunkiem i podziwem fanów. I oto w przerwie między trzecim i czwartym filmem o przygodach Petera Parkera, nakręcił swoisty prezent dla swoich horrorowych fanów. Dla tych, którzy znają go i wielbią przede wszystkim jako człowieka, który dał światu Ashleya J. Williamsa. "Wrota do piekieł" to powrót do korzeni, niskobudżetowej partyzantki i autorskiej wizji, bez oglądania się na widzimisię producentów.
Christine, młoda ambitna dziewczyna z prowincjonalnej mieściny, pracuje w banku w Los Angeles. Stoi właśnie przed szansą awansu na stanowisko zastępcy managera oddziału. Żeby odnieść sukces musi pokonać lizusowatego Stu, który nie cofnie się przed niczym, by zapewnić awans sobie. Dziewczyna musi pokazać, że potrafi podejmować trudne i nieprzyjemne decyzje. To pięcie się w górę drabiny społecznej i zawodowej jest jej potrzebne, by przekonać do siebie wymagających rodziców swojego chłopaka, którzy nie mają o niej wygórowanego mniemania. Żeby pokazać, że zasługuje na promocję, odmawia odroczenia spłaty raty hipotecznej biednej Cygance, pani Ganush. Ponieważ prośby i błagania starej kobiety nie pomagają, rzuca ona klątwę na Christine – po upływie trzech dni zostanie porwana do piekła przez Lamię, rogatego demona z mrocznych otchłani. Dziewczyna zaczyna wyścig z czasem, próbując uniknąć straszliwego losu...
Bardzo przyjemnie było stwierdzić, że Raimi jest w znakomitej formie. Wspomniane powrót do korzeni i miniaturowy budżet w porównaniu z kolejnymi odsłonami "Spider-Mana" pozytywnie wpłynęły na reżysera. Bo szczerze muszę wyznać, że choć pierwszy film o Peterze Parkerze jeszcze obejrzałem, to już drugi był dla mnie niestrawny i do trzeciego nawet nie podszedłem. Ale ten oldskulowy klimat, który bije z "Wrót do piekieł" nie powinien dziwić. Wszak scenariusz powstał pierwotnie jako efekt odpoczynku od pracy nad "Darkmanem". Łatwo wychwycić stylistyczne i fabularne podobieństwa do przygód Asha. Raimi nie oszczędza swojej bohaterki. Christine wymiotuje krwią, na nią samą zostają zwymiotowane robaki, demon nie patyczkuje się z dziewczyną i rozbija nią sprzęty domowe. Lata pracy nad wysokobudżetowymi produkcjami nie zabiły w twórcy "Prostego planu" zamiłowania do juchy, śluzu i bardzo fizycznego wymiaru cierpień ekranowych protagonistów. Do pewnego stopnia "Drag Me To Hell" to "Evil Dead" w damskim przebraniu.
Tytułem dłuższej dygresji – w niektórych ujęciach teoretycznych horror i jego cykliczna popularność jest wyrazem zdolności tego gatunku do kanalizacji lęków i metaforycznego radzenia sobie z nimi. Jednym z założeń tej teorii jest wzrost popularności kina fantastycznego w czasach kryzysu, wzmożony apetyt na horror, aby w ciemnościach kinowej sali odreagowywać lęki codzienności. Stąd mówi się o popularności filmowej grozy Universalu w latach Wielkiej Depresji, czy kina sf w dekadzie atomowej paniki. Popularność ekranowej makabry i strachu, triumfalny pochód przez kinowe ekrany wszelkiej maści istot nadprzyrodzonych, które zagrażały ludzkości, które trwają od dobrych 15 lat, zdają się przeczyć przynajmniej niektórym wnioskom płynącym z zaprezentowanej teorii. Oto bowiem horror rozkwitał w czasach niespotykanej od dawna prosperity, gdzie turbokapitalizm święcił swoje triumfy, każdy mógł być właścicielem własnego domu, bankierzy czuli się władcami wszechświata, a pierwszy świat zachłysnął się swoim dobrobytem zapominając o hamulcach bezpieczeństwa. Niektórzy mogliby argumentować, że w takim razie groza spełniała funkcję systemu wczesnego ostrzegania, ale to zdaje się mało przekonująca próba obrony. Złoty wiek się jednak skończył i bańka pękła. Teraz nadchodzi czas rozrachunków z szaleństwami minionej epoki. Za owe rozliczenia bierze się zarówno kino głównego nurtu jak i horror. Tom Tykwer w "The International" pokazuje knowania potężnego banku, który stał się siłą zupełnie niezależną od jakiejkolwiek kontroli społecznej i przez swoje działania sieje chaos i zniszczenie na świecie. Sam Raimi pokazuje działanie ogólnie pojmowanej chciwości w skali mikro. Porównując przyjemność oglądania jaka płynie w z obrazu Tykwera i "Wrót do piekieł" oczywistym jest jedno. Horror jak zwykle górą! Historia opowiedziana przez niemieckiego reżysera to dęte, schematyczne, miejscami histeryczne, urągające inteligencji widza kino, na które szkoda czasu. Tymczasem Raimi również czerpiąc garściami z klasyki horroru, stworzył dzieło skrzące się humorem. Mimo wykorzystania schematycznych motywów rodem z opowieści EC Comics, ta filmowa przypowiastka z morałem wygląda świeżo i pełna jest energii oraz czystej filmowej radości tworzenia.
Z racji moralizatorskiego nieco tonu, który mimo wszystko Raimi przyjmuje, nasuwa się jeszcze jedna obserwacja. Otóż pod powierzchnią zewnętrznego blichtru i dostatku kryje się gnijące serce ludzkiej natury/kapitalizmu. Oto Christine jest w gruncie rzeczy miłą i wzbudzającą sympatię postacią, która bardzo chce zrzucić z siebie stygmat dziewczyny z prowincji. Takie aspiracje nie są obce pewnie większości ludzi – mało kto zadowala się tym co ma, zawsze chce się więcej. Ale te pragnienia prowadzą bohaterów Raimiego do czynów wątpliwych moralnie. Oto dla promocji Christine gotowa jest zniszczyć czyjeś życie. Czym więc tak naprawdę różni się od swojego konkurenta do posady – Stu? To wrażenie jest dodatkowo podkreślane wyglądem domu dziewczyny. Rażący staje się kontrast między przyjemną dla oka fasadą, która obiecuje normalność i jakąś wersję amerykańskiego snu, a wnętrzem pełnym starych, brzydkich sprzętów, poplamionych dywanów, które nie pasują ani do widoku z zewnątrz, ani do samej bohaterki. Tym sposobem Raimi wielopoziomowo pokazuje prawdziwe oblicze współczesnego świata.
Choć aktualne problemy systemu światowego, ułuda kapitalizmu i społeczeństwa napędzanego chciwością wręcz wymuszają powyższe odczytania filmu, to "Wrota do piekieł" mają widzowi do zaoferowania o wiele więcej. Kto nie ma ochoty na kontekstualizowanie, odczytania krytyczne (innymi słowy ten, który popuka się wymownie w czoło na widok powyższych rozważań), będzie się po prostu znakomicie bawił. Rami zgodnie wypowiadaną w wywiadach obietnicą, zabiera widza na szaloną przejażdżkę górską kolejką, gdzie momenty zabawne przetykane są fontannami krwi. Ale równowaga między nimi zostaje idealnie zachowana, co udaje się naprawdę niewielu. "Drag Me To Hell" nie ma pretensji do bycia dziełem oryginalnym, przełomowym, ale świetnie unika uczucia znużenia odgrzewaniem schematów. Widz nie znajdzie tu żadnych nowości gatunkowych, ale dostanie kino wyreżyserowane z werwą i nerwem, które na pewno nie pozwoli się nudzić. To jakby przeniesiony na duży ekran odcinek "Opowieści z krypty" – makabreska z morałem. Raimi nie bawi się w subtelności i już w scenie otwierającej pokazuje otwierające się wrota piekieł. Celem reżysera nie jest budowanie napięcia z matematyczną precyzją. Zamiast tego pokazuje sympatycznych bohaterów w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach. Służy mu do tego groteska, przerysowanie, komiksowy charakter. Reżyser sięga po cały zestaw chwytów, które sprawią, że widz będzie zaskoczony podskakiwał w fotelu lub krzywił się z odrazą. "Wrota do piekieł" zbudowane są według klasycznych wzorców kina grozy, a poszczególne sceny konstruowane są zgodnie ze schematem sygnalizowanie zagrożenia - odwrócenie uwagi – nagly zwrot akcji. Mamy tutaj znajome rekwizyty – przeklętą osobę, medium, sceptycznego bohatera, zbyt realne halucynacje, które są zapowiedzią nadchodzącej zagłady, aż po staromodny rytuał przyzywania demona z obowiązkowym magicznym stolikiem i szlachtowaniem kozła. Ale po tym poznać prawdziwego mistrza, że znaną formułę wypełnia znaną treścią, a mimo to robi to w sposób efektowny i interesujący. W rękach mniej zdolnego reżysera niedole Christine wywołałyby u widza irytację przewidywalnością i kiepskim wykonaniem. Mnie tylko w jednym miejscu zakłuła oczywistość stosowanego chwytu – próba pozbycia się przynoszącego klątwę przedmiotu. Jak już wspomniałem nowy film twórcy "Darkmana" to takie "Evil Dead" w przebraniu. Na szczęście nie mamy do czynienia z mruganiem okiem do widza, dosłownym cytowaniem wcześniejszych dokonań reżysera. Niestety Christine nie ma raczej szans na kultowy status jakim cieszy się Ash. Zabawna sprawa, że wobec znużenia azjatyckimi zjawami, uwiądem torture-porn, rozczarowaniem kolejnymi remake’ami na amerykańskim rynku powrót do estetyki lat ’80 wygląda jak tak bardzo potrzebny zastrzyk świeżej energii.
"Drag Me To Hell" na pewno spodoba się fanom stylu Raimiego (bo już fanatycy samego "Evil Dead" mogą mieć trudności z zaakceptowaniem, że w roli głównej nie ma Asha). No i nie należy zapominać, że reżyser wciąż mówi o czwartej części "Diabelskiego nieboszczyka" – może wreszcie uda się ten projekt zrealizować. W przyszłym roku zaś czeka nas reboot serii. Co z tego wyjdzie zobaczymy, póki co dobrze zobaczyć na srebrnym ekranie Ramiego w pełni swojej horrorowej chwały.