Recenzja horroru

Horror Dying Breed

Dying Breed (Wymierający gatunek)

Tytuł oryginalny:

Dying Breed

Reżyseria:

Jody Dwyer

Scenariusz:

Michael Boughen, Jody Dwyer

Obsada:

Nathan Phillips, Leigh Whannell, Bille Brown, Mirrah Foulkes

Kraj:

Australia

Rok produkcji:

2008

Czas trwania:

92 minuty

Horror Dying Breed - zdjęcie 1Horror Dying Breed - zdjęcie 2Horror Dying Breed - zdjęcie 3Horror Dying Breed - zdjęcie 4Horror Dying Breed - zdjęcie 5Horror Dying Breed - zdjęcie 6

Tasmania jest najmniejszym stanem Australii. Charakteryzuje się ogromnymi połaciami pierwotnej, nieskażonej ludzką bytnością przyrody: niedostępne przełęcze i dzikie góry, mroczne deszczowe lasy tonące w oparach mgieł przez które z rzadka przedzierają się jaskrawe promienie słońca, tysiące jezior i oczek wodnych obfitujących w ławice ryb, krystalicznie czyste strumienie oraz zapierające dech w piersiach zakątki do których można się dostać terenowym jeepem. Tasmanię rozsławiła obecność diabła tasmańskiego, torbacza z rodziny niełazowatych i padlinożercy samotnika uznanego przez rząd tasmański w maju 2008 roku za gatunek zagrożony wyginięciem na skutek epidemii zakaźnego raka pyska. To z kolonii karnej w Macquarie Harbour na Sarah Island zbiegło dwóch kanibali: Alexander ‘The Pieman’ Pearce i Mark Jefferies. Po ucieczce wraz z siedmioma innymi skazańcami Pearce żywił się mięsem pięciorga z nich. Trafił na szafot 19 lipca 1824 roku. Słynąca z jabłek, czereśni, maku, plantacji tulipanów i pysznego miodu Tasmania 28 kwietnia 1996 roku stała się areną jednego z największych masowych mordów w historii kryminalistyki. Długowłosy 28-letni blondyn Martin Bryant przy użyciu samoczynnego karabinu AR-15 zastrzelił 35 osób i zranił kolejne 21. Do masakry doszło na terenie historycznych ruin kolonii karnej Port Arthur. Australijski survival horror "Dying Breed", który miałem przyjemność zobaczyć na tegorocznej edycji Horror Festiwalu zabiera widza w podróż w głąb tasmańskiego piekła.

Studentka zoologii Nina (Mirrah Foulkes) uparcie dąży do odszukania legendarnego tasmańskiego tygrysa grasującego po górach i lasach tasmańskiej głuszy. Osiem lat temu jej starsza siostra wyruszyła na Ziemię Van Diemena w poszukiwaniu drapieżnika. Zniknęła bez śladu do momentu, gdy jej utopione, częściowo zjedzone zwłoki wypłynęły na powierzchnię spienionej rzeki. Wraz ze swoim partnerem Mattem (pamiętny z pierwszej "Piły" Leigh Whannell), jego aroganckim przyjacielem Jackiem (Nathan Phillips, "Wolf Creek") i dziewczyną tego ostatniego Rebeccą (Michelle Vallejo) Nina wyrusza na łowy w otchłań tasmańskiej dziczy. Poszukiwania tajemniczego stworzenia szybko zejdą na daleki plan, kiedy cała czwórka zostanie zmuszona do zwierzęcej walki o przetrwanie w konfrontacji z bandą zdziczałych prowincjonalnych kanibali, potomków ludożernego skazańca Alexandra Pearce’a.

"Dying Breed" otwiera efektownie brutalny prolog, w którym ścigany przez grupę poszukiwawczą Alexander Pearce przedziera się przez wilgotny las znacząc przebyty szlak krwią zarżniętych ofiar. Natychmiast rzucają się w oczy wysmakowane zdjęcia Geoffreya Halla: gęsta dziewicza puszcza tonie w turkusowych barwach, a lodowato-niebieska woda nabiera krwisto-czerwonego odcienia. Podobnie jak w "Wolf Creek" pierwsza połowa filmu kładzie nacisk na dogłębne zapoznanie się z czwórką wiodących postaci, zanim zostaną bezlitośnie wrzuceni w przerażający wir horroru. Przez ten czas byłem niejako zmuszony do odgadnięcia natury zagrożenia, które gdzieś tam czai się w pobliżu, za drzewami, w gęstniejącej ciemności, niewidoczne, ale obecne. Inspiracja "Deliverance" Johna Boormana i kanadyjskim majstersztykiem survival horroru "Rituals" (1977) jest nakreślona grubą krechą. Troszkę zawodzi zbyt szybki montaż psujący nieco potencjał drzemiący w straszliwej pustce tasmańskich plenerów. Wadą "Dying Breed" jest także schematyczność: nie ma tutaj miejsca na zaskakująco liryczne momenty w rodzaju gry na banjo ("Deliverance") czy surrealistycznego tańca wieśniaków ("Calvaire"). Jednakże za horrorem Jody Dwyer przemawia potworna nieprzystępność zapomnianego przez Boga i ludzi krajobrazu: jeziora naznaczone podtopionymi konarami drzew, pulsujące rzeki, ostre wierzchołki szczytów i wiekowe zamglone lasy są jakby nie z tego świata. W drugiej połowie filmu akcja przyśpiesza i rozpoczyna się erupcja grozy. Zwierzęcy, brutalny, ekscytujący, groteskowy i pełen niespodzianek terror, któremu towarzyszy ćwiartowanie zwłok, pożeranie ludzkiego mięsa, animalistyczna wściekłość i złowieszczy kształt zdeformowanego kanibala na horyzoncie. Odkrycie powieszonego, nagiego, na wpół zjedzonego ciała jednej z ofiar ludożercy wprawia w osłupienie stanowiąc zarazem soczysty ukłon w kierunku nabitej na pal tubylki w "Cannibal Holocaust" (1979) Ruggero Deodato.

Reasumując, "Dying Breed" stanowi gatunkowe monstrum Frankensteina stworzone z wielu przystających do siebie elementów horroru i kina eksploatacji. Pomijając kilka dłużyzn i kiepskich efektów CGI survival horror Jody Dwyer kopie relatywnie mocno w twarz. I oto, do diaska, chodzi!

Ocena: 4/6

Autor: Embalmer