Recenzja horroru

Hatchet (Topór)
Tytuł oryginalny:
Hatchet
Reżyseria:
Adam Green
Scenariusz:
Adam Green
Obsada:
Joel Moore, Tamara Feldman, Deon Richmond, Kane Hodder, Mercedes McNab
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2006
Czas trwania:
80 minut
"Dawno temu żył sobie Victor Crowley. Ludzie go nie lubili, dlatego siedział w swoim domu na bagnie. Pewnej nocy przyszły złe dzieci i wybuchł pożar. Jego tatuś chciał zniszczyć drzwi, ale nie wiedział, że Victor był po drugiej stronie. Biedny Victor zginął. Ludzie nie wracają z bagna. Podobno jeśli zbliżysz się w nocy do domu Victora, usłyszysz jego krzyki i płacz."
I zapewniam was, iż nie jest to wiatr świszczący w konarach drzew, dachówka klekocząca deszczową nocą, bądź przemykające w ciemności zwierze. Są miejsca, do których ludzie nie powinni się zapuszczać, a już na pewno po zmroku. Niech koszmar jaki spotkał uczestników rejsu po bagnach Luizjany będzie dla was przestrogą. Niech ich trzewia rozrzucone po ekranie staną się lekcją pokory dla drwiących z podobnych legend, gdyż zawarte w nich ziarna prawdy potrafią niekiedy urosnąć do zabójczych rozmiarów.
"It’s not a remake. It’s not a sequel. And it’s not based on a Japanese one" – brzmi jeden z taglineów na oryginalnym plakacie kinowym, do którego dla uściślenia chętnie bym dopisał: "it’s not a pastiche". I by przypieczętować sprawę pokuszę się o drugi tagline: "Old School American Horror". Oto czym jest ten film, nic więcej, nic mniej, po prostu kolejny slasher do i tak opasłej kolekcji tego wyeksploatowanego subgatunku, który mimo, iż skazany na takie stwierdzenie, nadal potrafi zaskoczyć. Tylko czy "Hatchet" jest tu najlepszym przykładem? Przecież to wszystko już było: grupka ludzi odcięta od świata, eliminujący ich psychopata, garść niesmacznych żartów, kilka wiader posoki i naiwne chwyty scenarzystów nieumyślnie obliczone na odmóżdżenie widza. Standard. Schemat wypracowany w latach 80-tych, praktycznie pogrzebany z ich końcem, nie licząc kilku prób na początku lat 90-tych (np. "Happy Hell Night"). Jednak co innego zrobić następny slasher parodiujący ograne chwyty by nadać im nieco kolorytu dla zamydlenia oczu niezorientowanej w horrorze publice, a co innego cofnąć się o ponad 20 lat i poczynić film wpasowany nastrojem w produkcje, które skradły serce niejednemu wielbicielowi makabrycznych historyjek. "Hatchet" korzysta ze schematów wylansowanych jakieś dwie i pół dekady wcześniej niczym z recepty, by ostatecznie objawić się jako wymierzony gdzieś koło 1985 roku film grozy stworzony przez fana gatunku dla fanów gatunku.
"Topór" posiada wszelkie atrybuty klasycznego slashera ze swego złotego okresu, w tym dwa najważniejsze, wokół których rozbudowuje się historia i jej ewentualne sequele coraz nachalniej wyłuskujące tajemnicę oraz rodowód głównego "masakratora". Psychopata i dotyczące go podanie przekazywane kolejnym pokoleniom ustnie, najczęściej przy ognisku, to dostateczny materiał do napisania atrakcyjnego scenariusza. Wystarczy go tylko przyozdobić sznurami jelit z wypatroszonej tępym narzędziem młodzieży, panienkami wystawiającymi swoje zderzaki do kamery częściej niż to konieczne i lokalizacją, w której sami czulibyśmy się nieswojo, a z tym horror Adama Greena nie ma najmniejszych problemów.
Rzeka krwi przepływa przez kadry zmywając grunt pod nogami kolejnych wycieczkowiczów, a co za tym idzie, nasze oczy raczą sceny odrywanych kończyn, rozrywanej szczęki, przebijanej stopy, itp. Cały wachlarz gore na miarę takich perełek jak "Rosemary’s Killer" czy "Friday the 13th: The Final Chapter", za które odpowiedzialna była legenda niskobudżetowych produkcji, John Carl Buechler. Reżyser "Cellar Dweller", magik pracujący przy takich "klejnotach" jak "Troll", "Ghoulies", a nawet "Re-Animator", osobiście pojawia się na ekranie jako spijający własne siuśki, Jack Cracker. Klasyczna postać zbzikowanego lumpa-samotnika, któremu dane jest znać prawdę, ale nikt go nie słucha. Jednak na tym lista wartych uwagi epizodów się nie kończy. Cudownie sfilmowana sekwencja otwierająca, z pykającym fajkę Robertem Englundem, staje się wspaniałym prologiem do późniejszych wydarzeń. Para kłusowników w lichej łódce pośrodku bagniska, to dla fanów slasherów gwarancja dotrzymania obietnicy rzuconej przez twórców w zwiastunie. Oto młody reżyser, swoim pierwszym horrorem, cofa się w czasie, by uczynić przyjemność sobie i innym, wykradając przy tym kilka ikon gatunku. Zwracam uwagę, iż ów miły akcent, nie jest wynikiem pastiszowego podejścia do tematu, jak niektórzy próbowali wykazać po seansie. Takie chwyty stosowano już w latach 80-tych, poza tym ani Englund, ani Tony Todd (pojawia się jako były organizator wycieczek po moczarach), nie podejmują żadnych prób autoparodii swych pamiętnych kreacji. Są po prostu zabawni, jak cały film.
Ale ile komedii jest w stanie pomieścić horror by nadal pozostać horrorem? Przez kolejne lata slashery udowadniały, iż z każdym rokiem więcej, częstokroć ratując się dowcipem przed totalną klęską. Widać to szczególnie w horrorach po 1986 roku, kiedy to zaostrzono cenzurę w Stanach Zjednoczonych. Niedostatek posoki rekompensowano mokrymi podkoszulkami szczodrze obdarowanych przez naturę dziewcząt i szczeniackimi zgrywami rodem z serii National Lampoon’s. Przypomnijcie sobie "Slaughter High", "Popcorn", "Cheerleader Camp". Inteligencją, suspensem i poziomem realizacji nie grzeszą, ale rozrywki dostarczają przedniej po dziś dzień. Na podobnej zasadzie działa "Topór", tylko poziom żartów jest inny, a dokładniej rzecz ujmując, aktualny, skierowany do współczesnego odbiorcy. Stąd też nieco rażąca postać czarnoskórego Marcusa, w którego rolę wcielił się Deon Richmond, późny klon Chrisa Rocka. Na szczęście żeńska część obsady dzielnie stara się odwrócić uwagę od jego ułomnego momentami dowcipu i muszę przyznać, że jest w tym całkiem niezła. Delikatnie kuleje przy tym aktorstwo, lecz kto by się tym przejmował, w końcu zarówno widzowie jaki i bohaterowie wybierają się na te mokradła dla zabawy. Dla czystej przyjemności obcowania z duchami topielców, wiedźm i innych maszkar, włączając w to wycieczkowiczów składających się na nieco groteskową zbieraninę modelowych mieszczuchów, z których każdy da się lubić (poza Marcusem) na swój pokręcony sposób. Oczywiście pierwsze skrzypce w owej bagiennej orgii zniszczenia przez rozszarpanie odgrywa Victor Crowley, a co za tym idzie, grający go Kane Hodder, wyróżniony za tę kreację na festiwalu w Austin, zarówno przez publiczność jak i jury. Dwumetrowe, zdeformowane monstrum w niebieskich ogrodniczkach w wykonaniu Hoddera to czysta poezja. Pojawia się znikąd, wyskakuje wprost przed kamerę, krzyczy, ryczy, toczy ślinę i szlachtuje wszystko co mu w łapy wpadnie. Jest przy tym kupa śmiechu i hałasu, co najlepiej potwierdzają reakcje publiczności w trakcie pokazu na "Horror Festiwalu" w Poznaniu.
"The Burning" spotyka "Pieces" na planie "Friday the 13th 7: The New Blood". Tymi słowami mogę najlepiej zareklamować ten film maniakom horrorów. Pozostałym mogę jedynie oświadczyć, że "Hatchet" to wściekły rollercoaster bez hamulców, bez pasów bezpieczeństwa, bez torebek na wymiociny. Jeśli szukasz grozy paraliżującej stawy nie wsiadaj, to nie twój kurs! Musisz poczekać, aż miłośnicy kiczu, slasherów i gumowych potworów powrócą z przetrąconymi od śmiechu szczękami.