Recenzja horroru

Lake of the Dead
Tytuł oryginalny:
De dødes tjern
Reżyseria:
Kåre Bergstrøm
Scenariusz:
André Bjerke, Kåre Bergstrøm
Obsada:
Henki Kolstad, Henny Moan, Bjørg Engh, Georg Richter, André Bjerke, Erling Lindahl
Kraj:
Norwegia
Rok produkcji:
1958
Czas trwania:
76 minut


Trup cały już wypłynął. Jej sukienka
Jak żagiel biały na wietrze się wzdyma.
Patrzy na niebo pustymi oczyma,
Gdzie ranne chmury różowi jutrzenka. – Georg Heym, "Topielica".
Atramentowe, czarniejsze niż najgłębsza czerń wody jeziora otoczonego przez las. Na szklistej powierzchni tafli stawu unoszą się lilie wodne, według legendy greckiej wyrosłe z martwego ciała nimfy zmarłej z powodu zazdrości o Herkulesa. W przepastnym cieniu jeziora przeklętych, tuż przy jego brzegu stoi samotna chatka, do której udaje się grupka sześciu młodych przyjaciół z Oslo. Brat jednej z dziewcząt, Bjørn, niedawno ów domek zakupił i ma na nich tam oczekiwać. Zaproszeni przez niego goście nie znajdują gospodarza. Tak jakby rozpłynął się w mglistych oparach zapomnienia... Szóstka przyjaciół po przybyciu na miejsce próbuje ustalić, gdzie zniknął. Grozę wzbudza miejscowa legenda mająca związek z pobliskim stawem: dotyczy ona jednonogiego mężczyzny, którego złowieszczy krzyk daje się słyszeć w leśnej gęstwinie. Blisko 100 lat temu, dokładnie 23 sierpnia, Tore zamordował swoją siostrę i jej kochanka, po czym utopił się w mrocznej toni. Ciał nigdy nie odnaleziono. Ktokolwiek zawita do chatki mordercy pójdzie w jego ślady. Wraz z odkryciem truchła zastrzelonego psa wśród zgromadzonych zaczyna narastać strach...
Pierwszy norweski film grozy utrzymany w estetyce kina noir i będący ekranizacją popularnej powieści kryminalnej André’go Bjerke "Lake of the Dead", napisanej w 1942 roku, której nie miałem okazji czytać. Odniósł ogromny sukces komercyjny pod koniec lat 50-tych wyprowadziwszy tym samym kinematografię norweską ze finansowej zapaści. Pomijając manieryczne, charakterystyczne dla trupy teatralnej, aktorstwo "De dødes tjern" nadal pozytywnie zaskakuje, przede wszystkim za sprawą starannie budowanej atmosfery niesamowitości. Horror Bergstrøma skupia się na tajemnicy jeziora i mozolnych krokach prowadzących do jej rozwikłania. Nad całością unosi się duch pisarstwa Agathy Christie i Arthura Conana Doyle’a, zwłaszcza opowiadań o Sherlocku Holmesie autorstwa tego ostatniego. Sęk w tym, że zaciera się granica pomiędzy iluzoryczną wyobraźnią trawionego przez bojaźń umysłu, a manifestacjami nadnaturalnymi. Jednonogi kruk skrzeczący doniośle na kominku chatki zwiastuje nadejście tragedii. W dodatku nie sposób nie dostrzec pewnych podobieństw łączących "Lake of the Dead" z kultowym klasykiem Sama Raimi’ego "The Evil Dead" (1982): opuszczona chatka w lesie, szóstka przyjaciół odnajdująca w niej rękopis topielca i in. Z pisanego lękliwą dłonią dziennika wyziera obsesja jego autora na punkcie stawu prowadząca do samobójczej śmierci w wodnistej otchłani. Jeziorna toń zdaje się emanować magnetyczną siłą przyciągania, która oddziałuje zwłaszcza na Liljan, jedną z kobiet.
"Lake of the Dead" to film pionierski dla norweskiej kinematografii z uwagi na to, iż jako pierwszy został zrealizowany w formacie widescreen. Trzymający w napięciu "Villmark" aka "Dark Woods" (2003) Påla Øie ewidentnie się nim inspirował z uwagi na umiejscowienie akcji w upiornym lesie, nad posępnym, spowitym przez mgły jeziorem, na którego powierzchni unosi się kredowobiałe ciało topielicy. Black metalowy Khold w 2005 roku nagrał Ep-kę "De dødes tjern" opartą na opisywanym przeze mnie filmie, który do tej pory nie doczekał się anglojęzycznego wydania DVD.
Reżyser Kåre Bergstrøm powrócił do kina grozy w 1964 roku realizując nowelowy horror "Klokker i måneskinn".