Recenzja horroru

Mark of the Vampire (Znak wampira)
Tytuł oryginalny:
Mark of the Vampire
Reżyseria:
Tod Browning
Scenariusz:
H.S. Kraft, Samuel Ornitz, John L. Balderston
Obsada:
Lionel Barrymore, Elizabeth Allan, Bela Lugosi, Carroll Borland
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1935
Czas trwania:
60 minut






W historii horroru mało jest równie spektakularnych przypadków załamania się karier filmowych co przykład Toda Browninga. Filmowiec zdobył sławę i rozgłos dzięki ekranizacji "Draculi", która na stałe przeszła do kanonu kina grozy. Jednak kontrowersje i fala krytyki wokół zrealizowanych w 1932 roku "Dziwolągów", w których w głównych rolach obsadził autentyczne wybryki natury, spowodowały, że Browninga odsunięto od dużych i poważnych projektów. W efekcie reżyser znalazł się na marginesie życia filmowego, a jego dobra passa się skończyła. Nie oznaczało to, że Browning całkowicie zrezygnował z reżyserki. Za przyzwoleniem MGM udało mu się powrócić do gatunku, który wniósł go na szczyt – do horroru.
W miejscowości położonej w okolicach Pragi w tajemniczych okolicznościach umiera Sir Karell Borotyn. Ciało całkowicie pozbawione krwi oraz ślady na szyi wskazują, że za śmierć może być odpowiedzialny hrabia Mora - mieszkaniec pobliskiego zamku, którego mieszkańcy uważają za wampira. Sprawę ma rozwiązać ekspert od wampiryzmu, profesor Zelen oraz sceptycznie nastawiony do ludowych przesądów inspektor Neumann. Obaj muszą się spieszyć, ponieważ w niebezpieczeństwie może się również znajdować córka zamordowanego.
Zrealizowany w 1935 roku "Znak wampira" to kolejny film, w którym reżyser wykorzystał motyw wampirów. Wytwórnia zdecydowała, że Browning może powrócić do tematyki, która dała mu sławę licząc, że horror utrzymany w podobnym stylu co klasyk sprzed czterech lat pozwoli mu na powrót do świata filmowego po wpadce z "Freaks". Sądzono, że zatrudnienie Bela Lugosi’ego również przyczyni się do sukcesu filmu. Pomysł był prosty, bo postać hrabiego Mory to w prostej linii powtórzenie roli Draculi – identyczna charakteryzacja, ten sam kostium, taki sam wyraz twarzy. Aktor wgląda tu jakby właśnie przeskoczył z planu swojego najsłynniejszego filmu wprost do "Znaku Wampira". Jedne co różni obie role to właściwie nieco bardziej ponury wygląd Lugosi’ego oraz… ilość kwestii przez niego wypowiadanych. W "Draculi" było ich jednak dość dużo, a aktor mógł wykorzystać swój niewątpliwy atut, jakim był charakterystyczny węgierski akcent. Tutaj z jego ust pada jednie kilka zdań i to pod sam koniec filmu. Dlatego przez całą projekcję odnosi się wrażenie, że Lugosi się specjalnie nad swoją rolą nie napracował. Swoją drogą, chyba faktycznie tak było, bo przecież niemal przez cały czas oglądamy go z kamienną twarzą schodzącego ze schodów lub paradującego ze świecą w dłoni, jednie co jakiś czas pojawiającego się z jakimś złowrogim grymasem na twarzy. To chyba nie wymaga jakiejś wielkiej sprawności warsztatowej czy wyczerpujących przygotowań. Choć z drugiej strony liczy się efekt, a co do tego nie ma wątpliwości, że postać hrabiego Dra…, znaczy się hrabiego Mory robi wrażenie. Co tu dużo mówić, Lugosi po prostu urodził się do takiej roli. Ale oba film mają więcej punktów stycznych, począwszy od podobnych postaci, a nawet aktorów powielających swoje role (oberżysta), po miejsce akcji – posępne zamczysko z krętymi schodami, zalegającymi wszędzie pajęczynami, latającymi nietoperzami czy innymi elementami scenografii. Podobnie jak i w "Draculi" Browning zrezygnował też z oprawy muzycznej: poza muzyką na początku oraz krótkim koncertem pianistycznym w środku, film nie posiada jakiejkolwiek ścieżki dźwiękowej.
Podobne wrażenie musieli mieć nie tylko widzowie "Draculi", ale i wszyscy ci, którzy widzieli film Browning "Londyn After Midnight z 1927 roku, obecnie do obejrzenia jednie jako pokaz slajdów zawierających zdjęcia z planu (oryginał spłonął podczas pożaru). To swoista przeróbka tego obrazu, bazująca na bardzo podobnej historii, wykorzystująca te same motywy (hipnoza) oraz wątek kryminalny, koncentrując się jednie w większym stopniu na postaciach wampirów. To również było świadomym posunięciem, które miało na celu ponowne zaprezentowanie sprawdzonej formuły. W efekcie czego powstało połączenie obu wcześniejszych filmów, czyli niejako kryminału oraz kina grozy. Te dwa gatunki przenikają się w "Znaku wampira" tak silnie, że na jednym z pokazów w Polsce zapowiedziano film jako horror kryminał.
Niezależnie jednak od zaszeregowania go do konkretnej kategorii, zawartość filmu okazała się na tyle nieprzyzwoita jak na swoje czasy, że nie ominęły go nożyce cenzury, czy raczej autocenzury. W owym czasie wielkie studia filmowe zamiast czekać na decyzję odpowiedniego organu, same decydowały się usuwać sceny, które mogłyby nie przypaść do gustu cenzorom. Film Browninga również padł ofiarą tej polityki i niestety ucierpiał na tym dość znacząco. Z ostatecznego materiału wycięto blisko 20 minut skracając czas projekcji zaledwie do jednej godziny. Ale nie to jest najgorsze. Chcąc wyeliminować wszystko co dotyczyło relacji pomiędzy hrabią Mora i jego córką Luną, a co mogło sugerować związek kazirodczy, poszatkowali film tak dotkliwie, że spora jego część jest pozbawiona ładu i składu. Motywy urywają się i znikają bezpowrotnie, niektóre fragmenty nie łączą się z kolejnymi, a część z nich jest najzwyczajniej w świecie bez sensu (jak np. plama krwi na skroni Lugosi’ego, która jest pamiątką po jego samobójstwie, o czym jednak już w ostatecznej wersji filmu nie ma mowy). W ramach ciekawostki warto odnotować, że według informacji portalu imdb, film został również zakazany w Polsce, jednak nie miałem okazji tego zweryfikować.
Pomimo tego, "Znak wampira" ogląda się z przyjemnością, bo zarówno dla wielbicieli starych, czarno-białych filmów grozy, jak i dla okazjonalnych widzów horrorów z tamtego okresu powinien stanowić interesujący, zwłaszcza z wizualnego punktu widzenia, kawałek wampirycznego kina. Todd Browning miał jednak niezwykłe wyczucie klimatu, które w "Znaku wampira" widać nawet wyraźniej niż w przypadku dzieła z 1931 roku. Wspaniała gotycka atmosfera jest podkreślana przez doskonałe zdjęcia Jamesa Wonga Howe, które świetnie oddają atmosferę niepokoju towarzyszącą pojawianiu się wampirów na ekranie. Widać to w szczególności w kilku scenach, z udziałem Luny np. kiedy pokazuje się w oknie podświetlona bladym światłem. Zresztą, moim skromnym zdaniem, Carroll Borland w roli córki hrabiego wypada na jego tle Lugosiego rewelacyjnie, a sceny z jej udziałem to jedne z najlepszych w całym filmie. Przy okazji warto wspomnieć, że jej wygląd okazał się na tyle sugestywny, że przyniósł jej ogromną popularność i stał się wzorcem dla innych kobiet stylizujących się na wampirzyce, że wystarczy wspomnieć o Mortici Adams ze sławetnej rodzinki. Inne, sprawdzone wcześniej w "Draculi" sceny, głównie z udziałem hrabiego np. jego nocne wizyty pod postacią nietoperza również i tutaj dają podobny efekt. I nawet te wszystkie nietoperze nie wyglądają tak tragicznie, jeśli oczywiście będzie się pamiętać, że ten film powstał w latach 30. poprzedniego wieku. Warto również odnotować pewne elementy komediowe, te niezamierzone (ręka trupa przypominająca długi widelec), ale głównie te świadome (scena ze zbroją), które sugerują delikatne podśmiechiwanie się z konwencji horroru.
Wszystko to pozwala zapomnieć o cięciach dokonanych w filmie, dlatego też nie traktuję szaleństw cenzorów jako czynnika przekreślającego film. Natomiast dla mnie największym rozczarowaniem okazała się końcówka, na którą narzeka w sumie większość widzów. Być może jak na tamte czasy pokazywała nowatorskie podejście do rozwiązywania historii (stanowiąc jednocześnie ciekawe spostrzeżenie na temat źródeł strachu), które o wiele lat wyprzedziło współczesny trend twistomanii, ale w moim odczuciu psuje to niemalże w całości świetną robotę wykonaną wcześniej. Zwłaszcza, że jeśli zastanowić się nad tym głębiej to jest to kompletnie pozbawione logiki. Szkoda, że akurat to właśnie tych ostatnich sekund cenzorzy nie potraktowali nożyczkami.
A propos cenzury to paradoksem jest właśnie to, że ludzie często chcą oglądać to, co obrońcy moralności oceniają w danym czasie za gorszące i deprawujące. A że taki w tamtym czasie był "Znak wampira" Toda Browninga potwierdza chociażby David J. Skal, w swojej interesującej książce "The Monster Show", w której przytacza list pewnego psychologa wysłany w tej sprawie do gazety. Lekarz stwierdza w nim, że po obejrzeniu filmu widzowie "mieli ataki bezsenności, a ci którzy zasnęli byli dręczeni najstraszliwszymi koszmarami". Czy potrzeba Wam jeszcze jakiejś rekomendacji, aby obejrzeć tę czarno-białą klasykę wczesnego kina grozy?