Recenzja horroru

Quatermass and the Pit
Tytuł oryginalny:
Quatermass and the Pit
Reżyseria:
Roy Ward Baker
Scenariusz:
Nigel Kneale
Obsada:
James Donald, Andrew Keir, Barbara Shelley, Julian Glover
Kraj:
Wielka Brytania
Rok produkcji:
1967
Czas trwania:
97 minut






O statusie Lovecrafta jako Mistrza Grozy stanowi nie tylko sama jego twórczość, ale również wpływ, jaki wywarła ona na całe pokolenia innych twórców, zarówno na polu literatury, jak i innych sztuk, w tym sztuki filmowej. Giganci filmowego horroru, tacy jak Dario Argento czy John Carpenter często wskazują na Samotnika z Providence, jako źródło swojej inspiracji. Złowieszczy cień Lovecrafta musnął nawet tak odległy kraniec uniwersum grozy, jakim jest pełne eleganckich wampirów i kobiet o pełnym biuście pastelowe dominium brytyjskiej wytwórni Hammer. Niespodziewanie pod kruczymi skrzydłami tej właśnie wytworni powstało dzieło, które nie odwołując się wprost do nazwiska Lovecrafta, jak żadne inne oddało klimat stworzonego przez niego kosmicznego horroru. "Quatermass and the Pit" pełnymi garściami czerpie ze sztandarowych dzieł Mistrza, takich jak "Zew Cthulhu", "Cień spoza czasu" a nade wszystko z minipowieści "W górach szaleństwa".
Kiedy w 1953 roku, Nigel Kneale napisał dla BBC pierwsze odcinki serialu o przygodach profesora Bernarda Quatermassa nikt nie spodziewał się nadchodzącego olbrzymiego sukcesu. Tymczasem serial doczekał się wielu telewizyjnych kontynuacji, oraz przeniesienia przygód Quatermassa zarówno na fale radiowe jak i srebrny ekran. "Quatermass and the Pit" jest trzecim i uznawanym powszechnie za najbardziej udany z filmów o Quatermassie, wyprodukowanym przez wytwornie Hammer. Stanowi on adaptację serialu pod tym samym tytułem, emitowanego przez BBC w 1958 roku. Adaptację ze wszech miar udaną, łącząca wszystkie zalety produkcji sygnowanych przez wytwórnię Hammer z niebanalnym, do dziś intrygującym scenariuszem inspirowanym kosmicznym horrorem Lovecrafta.
Oto podczas prac nad budowa nowej linii metra w Londynie robotnicy natrafiają na skamieniałe kości humanoidów. Badania przeprowadzone przez doktora Mathew Roneya wskazują na rewolucyjny charakter znaleziska. Szczątki nie tylko należą do nieznanego dotychczas nauce gatunku człekokształtnych, o niezwykle rozbudowanej mózgoczaszce, ale nadto zdają się pochodzić sprzed 5 milionów lat. Podczas dalszych wykopalisk ekipa doktora Roneya trafia jednak na jeszcze bardziej frapujące odkrycie – umiejscowioną pośród skamielin rakietę. Na teren wykopalisk przebywają Profesor Quatermass i wojskowy specjalista od rakiet i propagandy pułkownik Breen. Pomimo lansowanej przez Breena wersji, iż znaleziona rakieta stanowi relikt II wojny światowej, zarówno Roney jak i Quatermass oraz jego urocza asystentka Barbara Judd nabierają przekonania, że obiekt jest pozaziemskiego pochodzenia. Odkrywają nadto, iż miejsce jego odnalezienia, Hobbs End (dawniej Hob’s Lane - przy czym znamienne jest, iż "Hob" jest jednym z określeń diabła) od początków osadnictwa było miejscem nawiedzonym. Jaki jednak związek z odkrytą rakietą mogą mieć zapiski o dziwnych dźwiękach słyszanych na Hob’s Lane, zjawach przypominających karły oraz epidemiach morderczego szaleństwa, które wybuchały zawsze, gdy w okolicy prowadzono prace ziemne? Jaki jest związek rogatego diabła z przybyszami z kosmosu? Odpowiedzi zaczynają nabierać przerażającego kształtu, kiedy okazuje się, że we wnętrzu pojazdu wykonanego z nieznanego nauce materiału znajdują się szczątki pasażerów. Wykorzystując zdobycze nowoczesnej techniki oraz psychiczną wrażliwość Barbary Judd Qutermass odkrywa bluźnierczą prawdę o początkach i przeznaczeniu ludzkości. Tymczasem, zgodnie ze słynnymi strofami szalonego Abdula Alhazreda zapisanymi na stronicach "Necromomiconu" – "Nie jest umarłym ten, kto może spoczywać wiekami, nawet śmierć może umrzeć, wraz z dziwnymi eonami" – pradawne zło budzi się, by jeszcze raz objąć władze nad światem.
Już choćby z powyższego wprowadzenia w fabułę widać, jak wiele Kneale zaczerpnął z prozy Lovecrafta. To HPL jest autorem tezy, iż ludzkość została powołana do życia przez obcą rasę z kosmosu, czy to przez przypadek, czy też w celu, aby służyła za narzędzie jej powrotu (Na marginesie wato wspomnieć, iż wątek przemożnego wpływu idei Lovecrafta na tzw. paleoastronautyke, u nas znaną głównie przez pryzmat książek Ericha von Dänikena prześledził dogłębnie Jason Colavito w wybornej książce "The Cult of Alien Gods. H.P. Lovecraft and Extraterrestial Pop Culture" (2005). Gorąco polecam!). Opis społeczności obcych insektów czy sceny takie jak sekcja zwłok obcego są niemal wprost wyjęte ze stron "W górach szaleństwa". Podobnie idea, iż wszelkie demony zamieszkujące mity, legendy i wierzenia religijne ludzkości są jedynie echem realnego, doświadczonego przez pierwotną ludzkość pozaziemskiego zła ma swoje korzenie w twórczości Mistrza. Tym jednak, co najmocniej stanowi o wyjątkowości "Quatermass and the Pit" na niwie kina inspirowanego twórczością HPL-a jest umiejętne wykorzystanie podstawowego Lovecraftowego leitmotivu, tak rzadko podnoszonego przez filmowców – obezwładniającego, kosmicznego pesymizmu. Oto mająca tak wysokie mniemanie o sobie ludzkość zostaje w mgnieniu oka brutalnie ściągnięta z piedestału. Człowiek nie jest obrazem wszechrzeczy. Jesteśmy pozbawionym jakiegokolwiek znaczenia narzędziem sił, których nie rozumiemy. Narzędziem, które po wykorzystaniu zostanie wyrzucone precz. Wszechświat zaś jest zimnym, obcym miejscem, pozbawionym jakiejkolwiek nadziei dla skazanej na zagładę ludzkości. Oczywiście depresyjny efekt zostaje w zakończeniu filmu nieco osłodzony optymistycznym przesłaniem, że choć nasze powstanie skażone jest swoistym grzechem pierworodnym, mamy wolną wolę, by spróbować samemu kształtować swą przyszłość. Nie oszukujmy się jednak– na tle zrujnowanego Londynu jest to jedynie łyżka miodu w beczce dziegciu.
Nie wiem, czy ta krótka recenzja zachęci tych czytelników, którzy jeszcze "Quatermass and the Pit" nie widzieli, do zapoznania się z tym dziełem. Nie wiem również, czy tym, którzy się zdecydują film przypadnie do gustu. Mam jednak nieprzeparte poczucie, że sam Lovecraft uwielbiałby ten film, łączy on bowiem dwie tak drogie jego sercu rzeczy – anglosaską elegancję i surową kosmiczną grozę.