Recenzja horroru

Sauna (Sauna)
Tytuł oryginalny:
Sauna
Reżyseria:
Antti-Jussi Annila
Scenariusz:
Iiro Küttner
Obsada:
Ville Virtanen, Tommi Eronen, Viktor Klimenko, Rain Tolk
Kraj:
Finlandia / Czechy
Rok produkcji:
2008
Czas trwania:
85 minut






Rok 1595. 25-letnia wojna szwedzko-rosyjska dobiega końca. Pochodzący ze Szwecji bracia Spore – weteran wojenny Erik i geograf Knut – biorą udział w ekspedycji mającej na celu wytyczenie nowych granic między oboma krajami. Nim jednak mężczyźni rozpoczną marsz przez zlodowaciałe przygraniczne bagna znajdujące się na terenie dzisiejszej Finlandii, ma miejsce wydarzenie o tragicznych konsekwencjach, które zaważy na losie braci i całej wyprawy. Doprowadzi ona szwedzko-rosyjską misję do małej wioski skrytej pośród mokradeł, na obrzeżach której znajduje się tajemnicza sauna. Miejsce, w którym według lokalnych wierzeń można obmyć się ze wszystkich swoich grzechów.
"Sauna" jest bez wątpienia jednym z najbardziej oryginalnych horrorów tego roku, na co składa się kilka elementów: akcja umieszczona w latach poprzedzających nadejście XX wieku, sceneria północnych, nordyckich rubieży, scenariusz odważnie odwołujący się do odwiecznych toposów, wreszcie samo miejsce powstania filmu - Finlandia w przeciwieństwie do swoich sąsiadów dotychczas skąpiła nam produkcji grozy. Mając na względzie fakt, że oryginalność jest dzisiaj w horrorze na wagę złota, trudno się dziwić, że szybko obwołano "Saunę" mianem jednej z niespodzianek sezonu. Czy aby jednak film Antti-Jussiego Annili zasługuje na ten tytuł? Czy może sukces zawdzięcza on raczej swojemu statusowi "filmu wyjątkowego"? Nieprzypadkowo zresztą festiwalowe gremia przyznające nagrody "Saunie" w werdyktach kładą głównie nacisk na oryginalność filmu. Mam wrażenie, że powodzenie "Sauna" zawdzięcza bardziej swoim górnolotnym zapowiedziom niż ekranowym rezultatom, na zasadzie "warto wspierać ambitne kino grozy".
Oczywiście, nie znaczy to wcale, że "Sauna" nie ma nic do zaoferowania. Film niewątpliwie urzeka plastyczną urodą, z ujęciami wymarłych pejzaży północy i kunsztownymi kadrami (ostatnie sceny!), a przede wszystkim wciąga swoim niepokojącym klimatem. "Sauna" wydaje się być w dużej mierze spadkobiercą znakomitego europejskiego kina sprzed lat: można odnaleźć w filmie zarówno ślady alegorycznego średniowiecznego moralitetu spod znaku "Siódmej pieczęci" Bergmana, jak i przede wszystkim wizyjnej fantastyki Tarkowskiego ("Stalker"). Film Annili nasuwa skandynawsko-słowiańskie tropy inspiracji zarówno umowną, surową scenerią (miejsce akcji równie dobrze mogłoby być umieszczone na dalekiej rosyjskiej północy), jak i tematyką pozostająca w kręgu uniwersalnych problemów winy, oczyszczenia i wiary, stale obecną w twórczości obu wspomnianych mistrzów.
Trudno już mierzyć się z wyższą półką, szkoda tylko, że z tej konfrontacji Annila wraca na tarczy. Zabrakło przede wszystkim konsekwencji. Annila próbuje w swoim filmie połączyć estetykę "retro" ze sposobem obrazowania właściwym dla horroru made in 2009. Oto więc "Sauna" buduje nastrój powolnym rytmem, by nagle zaskoczyć wulgarnym "jump scare" i dziewczynką-z-długimi-czarnymi-włosami, z którą począwszy od sukcesu "Ringu" zdążyliśmy się już oswoić. Szczególnie druga połowa filmu jest pod tym względem symptomatyczna: reżyser bez zażenowania alegoryczne sceny przeplata z efektami pseudo-gore wziętymi prosto z jakiegoś slashera drugiego sortu post-2000. To zamieszanie dwóch porządków nie działa niestety filmowi na korzyść, a końcowy efekt wywołuje wrażenie paradoksu. Zresztą Fin porusza się z wyraźnym brakiem wprawy po grząskim gruncie filmu grozy i podjętej konwencji nigdy nie "konsumuje" w pełni. "Autorska wizja gatunku ma swoje prawa", powiecie na obronę filmu - w porządku, tylko czemu ten horror jest tu wyekspediowany na zasadzie "wrzucę parę krwawych efektów, żeby producenci byli zadowoleni", bez umiejętności odpowiedniego posłużenia się środkami typowymi dla gatunku i przemyślanych inspiracji.
Zresztą, pomijając już kwestie gatunkowości, ta metafizyczna, introspekcyjna część filmu także koniec końców pozostawia niedosyt. Scenariusz "Sauny" z lubością posługuje się figurą elipsy, mnoży tropy przy użyciu dość mętnej symboliki i pozostawia wiele otwartych wątków... W porządku. SPOILER mode on! Ale dlaczego główna zagadka filmu zostaje w takim razie wyjawiona już w połowie metrażu w bezpośredni sposób (okazuje się, że mieszkańców wioski jest tyle, co ofiar Erika)? Narracja budowana crescendo wiele obiecuje, enigmatyczne motywy narastają, ale jakoś kulminacji w tym wszystkim brak. Nawet ostatnia scena z udziałem bezgłowego monstrum, choć znakomita, tylko potwierdza dotychczasowe przypuszczenia (jako ostatnia ginie w końcu dziewczynka). SPOILER mode off! Ponadto "Sauna" niepotrzebnie rozwija wątpliwe wątki (tych nieszczęsnych mnichów to jeszcze zrozumiem, ale podteksty gejowskie to już moim zdaniem były naprawdę niepotrzebne), a na przykład wydawałoby się kluczowa relacja między braćmi z biegiem czasu traci na wyrazie. Niepozorny Knut, postać narracyjnie nie do końca wykorzystana, stopniowo schodzi na drugi plan, przesłonięty przez swoje demoniczne alter ego – zepsutego przez wojnę i niemoralnego Erika, w rewelacyjny sposób odtworzonego przez aktora Ville Virtanena, który być może jest prawdziwym odkryciem filmu. Zresztą nawet sam motyw winy nie przynosi żadnych rewelacji.
"Sauna" ma niekwestionowane zalety, przede wszystkim zdjęcia nasączone chłodnym klimatem północy i atmosferę gęstą niczym mgła spowijająca bagnisko, nad którym rozwija się akcja filmu. Szkoda tylko, że niedopracowany i nazbyt dygresyjny scenariusz, a także niezbyt jeszcze wprawna reżyseria Fina, nie realizują w pełni potencjału, jaki krył w sobie intrygujący punkt wyjściowy "Sauny".