Recenzja horroru

Horror Girl Next Door, The

Girl Next Door, The

Tytuł oryginalny:

Girl Next Door, The

Reżyseria:

Gregory Wilson

Scenariusz:

Daniel Farrands , Philip Nutman

Obsada:

Blythe Auffarth, Daniel Manche, Blanche Baker, Graham Patrick Martin

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2007

Czas trwania:

91 minut

Horror Girl Next Door, The - zdjęcie 1Horror Girl Next Door, The - zdjęcie 2Horror Girl Next Door, The - zdjęcie 3Horror Girl Next Door, The - zdjęcie 4Horror Girl Next Door, The - zdjęcie 5Horror Girl Next Door, The - zdjęcie 6

"You think you know about pain?" – Jack Ketchum, "The Girl Next Door"


W roku 1965 zamieszkała w Indianie w USA Gertrude Baniszewski wraz ze swoimi dziećmi oraz ich kolegami przez kilkanaście tygodni katowała i poniżała dwie dziewczynki, które zostały jej oddane pod opiekę: 16-letnią Sylvię Likens oraz jej o rok młodszą, niepełnosprawną siostrę Jenny. Pierwsza z ofiar została zamknięta w piwnicy, gdzie oprawcy nieludzko znęcali się nad nią stosując szereg wymyślnych tortur psychicznych i fizycznych. Molestowanie, bicie, gwałty, przypalanie papierosami i inne sadystyczne zabawy doprowadziły w końcu do śmierci dziewczyny. Zarówno Baniszewski jak i wszyscy, którzy współuczestniczyli w tej okrutnej zbrodni zostali postawieni przed wymiarem sprawiedliwości w jednym z najgłośniejszych procesów, jakie kiedykolwiek miały miejsce w Indianie. Sprawa do dziś jest określana jako "the single worst crime perpetrated against an individual in Indiana's history". Ta ponura i przygnębiająca historia, w którą trudno uwierzyć, stała się kanwą dla bestsellerowej książki Jacka Ketchuma "The Girl Next Door", w której kontrowersyjny autor we właściwy sobie, dojmujący sposób przedstawił wydarzenia, które miały miejsce w domu Baniszewskich. Przygotowana przez Gregory’ego Wilsona ekranizacja dość znacznie ustępuje powieści i nie jest tak szokująca w swojej wymowie. Trudno ją również rozpatrywać bez porównań do literackiego oryginału.

Kiedy zasiadłem do obejrzenia "The Girl Next Door" miałem jeszcze świeżo w pamięci wstrząsającą powieść Ketchuma. Zastanawiało mnie w jaki sposób reżyser zdoła przenieść na ekran ten niezwykle trudny do uchwycenia kawałek autentycznej grozy, który na stałe zostawia ślad w psychice czytelnika. Byłem tym bardziej ciekaw ekranizacji, bo pierwsza próba przeniesienia na ekran prozy tego doskonałego pisarza okazała się całkiem udana ("The Lost" Chrisa Sivertsona). Ta książka to jednak zupełnie inne, zdecydowanie bardziej wymagające i cięższe wyzwanie. Potężny ładunek emocjonalny, szokujący realizm, psychologiczna wiarygodność i porażająca tematyka, czynią ją pozycją niełatwą do przełożenia na język kina. Nie wystarczyło wiernie oddać treść, trzeba było jeszcze dotknąć istoty rzeczy i pokazać w sposób przekonujący prawdziwe oblicze Zła drzemiącego w każdym człowieku. Reżyser starał się jak mógł, aby powieść Ketchuma została uwieczniona na taśmie filmowej w sposób jak najbardziej bliski oryginałowi, jednak obawiam się, że wobec takiego arcydzieła wszelkie próby są z góry skazane na niepowodzenie. Nawet jeżeli Wilson trzyma się pierwowzoru wręcz kurczowo, nie był w stanie wytworzyć tego czegoś, co zadecydowało o potędze książki. Mimo usilnych starań jedynie musnął to, co u Ketchuma jest pokazane w sposób dogłębny, dosadny i iście przerażający. Niezrozumiałe bestialstwo wobec drugiego człowieka, pierwotna zdolność do zadawania bólu i krzywdy, zezwierzęcenie oprawców, które przyprawiało o obrzydzenie i dreszcze, zmuszało do zastanowienia się nad istotą natury ludzkiej. Tą książką Ketchum wyciągnął na światło dzienne pokłady zła, jakie znajdują się w każdym z nas, które jednak na co dzień staramy się spychać na dalszy plan, daleko w głąb własnej świadomości. Ta wizja przedstawiona w książce, spotęgowana dodatkowo faktem, że całość została oparta na autentycznych wydarzeniach, potrafiła przerazić nawet najbardziej wytrwałego czytelnika zaznajomionego z niejedną pozycją. W tym sensie "The Girl Next Door" zbliża się również do najlepszych dzieł literatury łagrowej i lagrowej, jest jednak o tyle bardziej przerażająca, bo o ile treść dzieł wspomnianych nurtów opisuje człowieka postawionego w obliczu sytuacji ekstremalnych, w "The Girl Next Door" zło, którego doświadczają bohaterowie dokonuje się tuż obok, w sąsiedztwie, staje się częścią powszedniości. U Wilsona nie widać tego aż tak wyraźnie, jego próby potraktowania tematu sprawiają wrażenie jedynie pobieżnego zaznaczenia tego, co u Ketchuma było wyeksponowane na pierwszym planie. Reżyser stworzył budzącą grozę historię, w której dziewczyny bez żadnego logicznego powodu zostają poddane upokarzającym torturom, ale już nie potrafił dotrzeć do esencji oryginału. Nad ekranizacją "The Girl Next Door" nie unoszą się żadne pytania, które kłębiły się po przeczytaniu książki. Oczywiście to może być spowodowane faktem, że po lekturze, wiedziałem co może mnie czekać, jednak oceniając na chłodno, z perspektywy czasu, uważam że Wilson nie podołał pokazaniu sensu książki Ketchuma. To wrażenie jeszcze się nasila, kiedy przyjrzeć się różnicom w sposobie prezentowania wydarzeń. Książka to powolne zstępowanie do prawdziwego Piekła, zanurzanie się krok po kroku w morzu niepojętego okrucieństwa i sadyzmu. Tu wszystko dzieje się zdecydowanie za szybko, Wilson chce pokazać praktycznie każde wydarzenie, które zostało zawarte w książce, ale cierpi na tym cały film. Gdyby chciał rozbudować niektóre wątki, a z kolei z innych zrezygnować, myślę że całość prezentowałaby się znacznie lepiej, nawet jeśli miałoby się to odbyć kosztem wydłużenia czasu projekcji. A tak odnosi się wrażenie, że reżyser gna czym prędzej ku końcowi, jakby nie chciał za bardzo uczestniczyć w tym spektaklu grozy, tylko marzył o jak najszybszym dotarciu do końca udręki (co widać m.in. dość wyraźnie pod sam koniec seansu). Stąd wrażenie, że nie tyle zstępuje do Piekła odwiedzając coraz to niższe jego kręgi, co jedynie przeskakuje po nich. Odhacza jako zaliczone, ale nie zatrzymuje się na dłużej, aby faktycznie zmierzyć się z tym, co tam przygotowano. Obraz cierpień i upokorzeń, jakich doznaje dwójka dziewczyn jest co prawda szokujący i wywołuje odpowiedni efekt, jednak nie jest on tak intensywny jak w książce i ma przed wszystkim charakter krótkotrwały. Wilson nie posunął się jednak tak daleko w opisywaniu okropieństw i zaoszczędził widzowi co bardziej drastycznych fragmentów. Z jednym wyjątkiem. Scena, w której Ruth każe wypalić Meg "miejsce, przez które dziewczęta stają się nieczyste", ogląda się w paraliżującym osłupieniu, tym bardziej że reżyser zdecydował się ukazać ją z perspektywy ofiary (choć przy użyciu statycznej kamery). To właśnie po tym urywku część widzów FrightFest opuściła salę kinową nie mogąc dalej znieść cierpień nastolatki. Mimo tego, uważam, że to, co nakreślił w swojej powieści Ketchum (który swoją drogą też zrezygnował z opisywania najbardziej okrutnej tortury) jest jednak o wiele trudniejsze do wyparcia z pamięci nawet po dłuższej przerwie, niż to co zaproponował Wilson.

Jest jeszcze jedna przyczyna, dla której film nie jest w stanie dorównać książce. Podobnie jak u Ketchuma opowieść jest przedstawiona przez Davida, obecnie dojrzałego mężczyznę, wtedy młodziutkiego chłopca, który najpierw poznaje Meg, potem zostaje się jej katem, aby ostatecznie wyzwolić się z pęt swoich zaborczych towarzyszy i pospieszyć na ratunek. Ten typ narracji jest o tyle dobrze dobrany, że pozwala na skoncentrowaniu uwagi na innych postaciach, w tym wypadku Ruth i Meg. W książce nie przekreślało to jednak roli Davida, bo dzięki niemu czytelnik nie tylko znajdował się w prawdziwym centrum zdarzeń, ale również daleko bardziej angażował się emocjonalnie. Miało to jeszcze dodatkowy atut, bo poznając potworne myśli, które rodziły się w głowie chłopca, czytało się je jak swoje własne ("Leżałem w łóżku i zastanawiałem się, jak łatwo jest skrzywdzić drugą osobę. To nie musiał być ból fizyczny. Wystarczyło jedynie mocno uderzyć w coś, na czym jej zależało. Też mógłbym to zrobić, gdybym chciał"). Wilson pozbawiony takich możliwości mógł jedynie opowiedzieć historię, na którą patrzy się z boku, z pozycji raczej obserwatora niż uczestnika zdarzeń i stąd pewnie mniejsza siła rażenia filmu. Ale należą mu się brawa, bo w niektórych momentach starał się w jakiś sposób przechylić szalę na swoją stronę (chociażby przywoływana powyżej scena z palnikiem). Niemniej jednak końcówce seansu towarzyszy pewne uczucie niedosytu.

Tak jak wspomniałem akcja skupia się na dwóch postaciach: Meg i Ruth. To na nich, a w głównej mierze na bezlitosnej dręczycielce, spoczywa ciężar filmu. Obie aktorki miały więc twardy orzech do zgryzienia, tym bardziej, że zarówno rola niewinnej i bezbronnej, ale jednocześnie mocnej psychicznie ofiary, jak i bezwzględnego kata wymagała od nich doskonałego wczucia się w dramat. Z tej aktorskiej konfrontacji zwycięsko wychodzi Blythe Auffarth. To dzięki niej smutny los jakiego doświadcza Meg budzi współczucie i wyzwala również inne emocje (gniew!), które towarzyszyły przy okazji lektury książki. I to pomimo faktu, że znałem finał historii. Duże brawa. Z kolei Blanche Baker w roli Ruth jest co prawda bezduszna i potworna, jednak nie budziła aż takiej odrazy. Bezrefleksyjnie wydawała polecenia torturowania dziewcząt, jednak nie sprawiała wrażenia przesiąkniętej Złem aż do szpiku kości – a tak ją sobie wyobrażałem. Być może po prostu oczekiwania świeżo po lekturze były nieco zbyt wysokie. Warto jednak zaznaczyć, że jej fizjonomia (ściągnięte usta, zasuszona skóra) doskonale pasuje do wizerunku Baniszewskiej. W sumie jednak ten duet aktorski to mocna strona filmu Wilosna. Zresztą dawno nie widziałem (zarówno w książce, jak i w filmie), aby ktoś w sposób równie wiarygodny i wolny od śmieszności spolaryzował Zło i Dobro. Słowa uznania należą się również młodziutkim aktorom, którzy wcieli się w postacie uległych wobec Ruth dzieciaków. Mimo młodego wieku całkiem dobrze poradzili sobie z niełatwym zadaniem.

Jest jeszcze jedna znacząca różnica pomiędzy książką a filmem. W powieści Ketchuma, Dobro, symbolizowane nie tylko przez Meg, ale również przez Davida, który decyduje się uwolnić dziewczynę, wbrew pozorom, ostatecznie ponosi klęskę. Zło, namacalne i realne jak nigdy dotąd, triumfuje, pozostawiając czytelnika z uczuciem jeszcze większego przerażenia i zagubienia. W filmie zabrakło tego istotnego, moim zdaniem, dopełnienia, które doskonale pasowało do skrajnie pesymistycznej wymowy całej książki. Widocznie reżyser nie zwrócił na to uwagi, uznając być może że pokazanie tego akurat fragmentu jest niepotrzebne, ale jak dla mnie było to zwieńczenie dzieła, postawienie kropki nad "i".

Ci, którzy przeczytali powyższe akapity mogą odnieść wrażenie, że "The Girl Next Door" jest filmem, któremu wiele brakuje. Nic bardziej mylnego! Jeśli rozpatrywać go w kategoriach porównania z dziełem literackim, tak jak to ja starałem się w skróconej formie zaprezentować, to owszem, okaże się, że jest sporo rzeczy, do których można się przyczepić. Jednak to, że książka niepodzielnie góruje nad wizją, jaką zaproponował reżyser, nie oznacza że "The Girl Next Door" jest filmem nieudanym. Gdyby było to dzieło, które nie opiera się na literaturze, można śmiało napisać że to mocne i realistyczne kino, które z pewnością spodoba się każdemu fanowi grozy, który poszukuje czegoś więcej niż tylko krwawej i pustej rozrywki. Doskonale zrealizowana (świetna stylizacja na lata 60.), przejmująca i dołująca historia, która nie pozostawia obojętnym. Z pewnością też droga krzyżowa jaką Meg przeszła w ponurej piwnicy Ruth na długo pozostanie w Waszej pamięci. Myślę, że jak na książkę, której ekranizacja jest praktycznie niemożliwa (przynajmniej ja nie jestem w stanie sobie takiej wyobrazić) Wilson i tak całkiem nieźle wywiązał się ze swojego zadania. Dla tych, którzy mają awersję do czytania, bądź też pomimo chęci, z jakichś powodów nie będą w stanie zdobyć dzieła Ketchuma, seans "The Girl Next Door" będzie prawdopodobnie podobnym wstrząsem co dla mnie lektura. Zapewniam Was jednak, że film Wilsona nie jest nawet w połowie tak przerażający jak książka, która z kolei nie jest nawet w połowie tak przerażająca jak to, co się autentycznie wydarzyło.

Gertrude Baniszewski wyszła na wolność w 1985 r., zmarła dożywszy lat 65.

Ocena: 4/6

Autor: Mort