Recenzja horroru

Tomb, The
Tytuł oryginalny:
Tomb, The
Reżyseria:
Ulli Lommel
Scenariusz:
Ulli Lommel
Obsada:
Victoria Ullmann, Christian Behm, Gerard Griesbaum, Michael Barbour
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2007
Czas trwania:
81 minut
Był sobie kiedyś taki reżyser jak Ulli Lommel. Nakręcił dwa udane filmy: "Tenderness of the Wolves", o którym pisano, że to jeden z 1000 filmów, które zmieniły twoje życie oraz kontrowersyjny "The Boogeyman", który znalazł się na niesławnej liście Video Nasties, po czym zaczął tworzyć nijakie obrazy, należące do różnorodnych gatunków filmowych. W 2004 roku wraz z kilkoma swoimi współpracownikami powołał do życia wytwórnię, która zajęła się produkowaniem niskobudżetowych produkcji, w większości należących do kina gatunku – w końcu niemiecki reżyser wiele lat wcześniej zasłynął właśnie dzięki nim. Efektem tego jest seria amatorskich filmów, które, mówiąc krótko i na temat, każdy powinien omijać szerokim łukiem.
Na wstępie warto zaznaczyć, że pomimo bezpośredniego odniesienia się do twórczości wielkiego H.P. Lovecrafta, film Lommela nie ma z nim praktycznie nic wspólnego. Nie znajdziemy tu żadnych mackowatych potworów, Wielkich Przedwiecznych ani jakiejkolwiek innej wzmianki o mitologii Cthulhu. Jedyne co pozwoliło Lommelowi na wykorzystanie w perfidny sposób renomy Samotnika z Providence jest jedna z końcowych scen, w których główna bohaterka czyta w hotelowym pokoju opowiadanie "The Tomb". Nie ma to jednak większego znaczenia, bo nie wnosi to żadnej wartości do filmu, a stanowi jedynie wątpliwe uzasadnienie dla jego tytułu i zawłaszczenia sobie prawa do umieszczenia nazwiska pisarza przy tytule. Oczywiście przyciągnie to wielu fanów Lovecrafta, tak jak i stało się to zresztą ze mną, jednak zapewniam, że poza profanacją pamięci legendarnego pisarza, "The Tomb" w żaden sposób nie można rozpatrywać jako adaptacji jego prozy. Gdyby jednak to było jedynym problemem byłoby dobrze, w końcu wiele osób przywykło już pewnie do faktu, że twórczość Amerykanina nie ma szczęścia do ekranizacji, a wiele prób jej przeniesienia kończyło się niepowodzeniem. Sedno tkwi jednak gdzie indziej.
Zachowania pasożytnicze są w kinie grozy są wyjątkowo popularne, ale też czasem trudno winić twórców gatunku, że starają się wykorzystać sukces swoich poprzedników. Ale też wszystko ma swoje granice i ciężko niekiedy nie irytować się na takie filmy jak "The Tomb". Film Lommela to nic innego jak tylko bezczelne żerowanie na popularności "Piły" i to w najgorszym możliwym stylu (choć to słowo ewidentnie tutaj nie pasuje). Zarys fabularny, identyczne ujęcie tematu, wykorzystane tych samych chwytów i rozwiązań, niemalże wszystko nieprzyjemnie pachnie najpopularniejszą hollywoodzką serią ostatnich lat. Brakuje właściwie tylko lalki wjeżdżającej na skrzypiącym rowerku i basowego "I want to play a game". Niemniej tekst o podejmowaniu gry gdzieś się przewija, a główne miejsce akcji wypełnione jest umalowanymi flamastrami laleczkami z trzema szóstkami na czole… Zwolennicy serii mogą się też czuć rozczarowani brakiem skomplikowanych mechanizmów uśmiercania, jednak Lommel nie posiadł jeszcze magicznej umiejętności wymyślania najdziwniejszych na świecie narzędzi tortur. Jest raczej tradycjonalistą i wciska bohaterom w ręce np. banalną siekierkę lub najzwyczajniej w świecie pozwala im po prostu umierać bez ingerencji innych. Być może kryje się za tą drugą opcją coś więcej, niestety nie jestem w stanie tego stwierdzić, bo kompletnie nie docierało do mnie to o czym rozmawiają między sobą postacie. Dawno, naprawdę dawno nie spotkałem tak fatalnie nagłośnionego filmu – nie dość, że dialogi są nagrane koszmarnie cicho, to jeszcze jakby tego było mało zagłusza je irytująca oprawa dźwiękowa.
Ale to nie najgorsze co czeka na widza podczas tej 81-minutowej gehenny. Szczerze uważam, że ilość sequeli do "Piły" jest zdecydowanie zbyt duża, przesyt tą w sumie mało udaną serią daje się wyraźnie we znaki, jednak nawet one prezentują sobą o kilkanaście klas wyższy poziom od "The Tomb". Wszystko co można zobaczyć powoduje zgrzytanie zębów: koszmarna, stateczna i prosta scenografia, wypełniona idiotycznymi rekwizytami mającymi rzekomo budzić grozę, ozdobniki realizacyjne, na czele z nieustannymi retrospekcjami, zwolnieniami, powtarzaniem ujęć itp., które jedynie wydłużają mękę widza, przewijający się przez ekran ludzie, którym ktoś wmówił, że mogą zagrać jakąś rolę, katastrofalne efekty specjalne, fatalne oświetlenie, śmieszne sceny gore itd. itd. Przykładów jest wiele, więc myślę, że wystarczy zapewnienie, że u wielu najtwardszych maniaków film Lommela wywoła momentami, o ile nie przez cały seans, uczucie zażenowania. Jedna z najbardziej charakterystycznych, a zarazem najśmieszniejszych, scen w filmie ukazuje ofiarę, która udaje uprawianie joggingu. Wiem, że trudno sobie to wyobrazić, ale nie jest to jednak niemożliwe – mężczyzna po prostu biegnie w miejscu… Niemniej trzeba to zobaczyć, żeby uwierzyć. Mając w pamięci tę przezabawną scenę oraz całokształt tego co zaoferowano, nie trudno zrozumieć dlaczego użytkownicy portalu imdb zakwalifikowali dzieło Lommela do kategorii komedia / dramat. Oczywiście wiem, rozumiem, że niski budżet, ale przecież nie będą traktował tego jako okoliczność łagodzącą w przypadku niesamowicie nudnego gniota, stworzonego przez kogoś, kto najwyraźniej zapomniał, jak się kręci filmy. Wszystkim tym, którzy tak bezlitośnie wyśmiewają dokonania Uwe Bolla polecam konfrontację z którąkolwiek z produkcji Lommela z ostatnich lat.
"The Tomb" ustępuje wspomnianym wyżej "Piłom" nie tylko pod względem realizacyjnym, bo nie ma tu co tak naprawdę porównywać, filmy dzieli rozległa przepaść, ale również pod kątem fabularnym. Wiem, że brzmi to może nieco niedorzecznie, ale wszelkie "Piły" to w porównaniu do działa Lommela wielowątkowe majstersztyki intrygi pochłaniające widza bez reszty. I choć nie jestem żadnym zwolennikiem wielokrotnego powielania tych samych rozwiązań czy mnożenia fabularnych absurdów, ale już wolałbym się dać zakuć w jedną z pułapek przygotowanych przez Jigsawa lub któregoś z jego współpracowników niż po raz kolejny zasiąść do seansu z Lommelem. Dość powiedzieć, że nawet inna amatorska kopia tej popularnej obecnie serii, "Are you Scared?", również jest zdecydowanie bardziej wciągającym, dopracowanym i sensowniejszym filmem niż "The Tomb". I gwarantuję, że w konfrontacji zmierzającej do ustalenia, który z tych wszystkich filmów jest bardziej nieprawdopodobny i głupszy, obraz Lommela wygrałby w przedbiegach.
Dopóki Ulli Lommel będzie działał pod parasolem ochronnym Lions Gate z pewnością nadal będzie realizował te potworne pod każdym względem produkcje, dodatkowo np. chamsko szafując nazwiskiem legendarnego pisarza. Póki są z tego pieniądze - a sądząc po fakcie, że nadal je tworzy, muszą być – nic mu nie grozi, może bezkarnie nabierać widzów. W tym miejscu muszę mu pogratulować, tej jego niczym nieskrępowanej bezczelności, ponieważ także ja dałem się złapać w jego pułapkę i pomimo przestróg zdecydowałem się jednak obejrzeć "The Tomb". Dlatego stanowczo apeluję o niepopełnianie tego błędu.