Recenzja horroru

Thirst
Tytuł oryginalny:
Thirst
Reżyseria:
Rod Hardy
Scenariusz:
John Pinkney
Obsada:
Chantal Contouri, Shirley Cameron, Max Phipps, Henry Silva
Kraj:
Australia
Rok produkcji:
1979
Czas trwania:
93 minuty
Kate Davis (Chantal Contouri), młoda usatysfakcjonowana życiowo karierowiczka, zostaje pewnego dnia porwana przez członków tajemniczego braterstwa Hyma. Umieszczona w odizolowanym od świata przybytku, zostaje poinformowana, że jej przodkinią była słynna Elżbieta Batory, która jak wiadomo lubiła się kąpać w krwi dziewic. Kultyści Hymy, wysoko postawieni przedstawiciele społecznej socjety o arystokratycznym rodowodzie, także lubią delektować się życiodajnym napojem (który ma być, jak z kilkuset innych filmów doskonale wiadomo, gwarantem wiecznej młodości i sił witalnych), a towarzystwo następczyni krwawej baronowej dodałoby im niewątpliwie blasku. Problem polega tylko na tym, że Kate picie krwi nie za bardzo w smak i miast poddać się swoim wampirzym genom daje tylko dowody braku kooperacji. Z Hymą tak łatwo jednak nie będzie, kiedy opcja współpracy zakończy się niepowodzeniem, kultyści postanawiają sięgnąć po ostrzejsze środki, zgodnie z zasadą, że z każdego przecież można zrobić wampira!
"Thirst" jest dobrym przykładem filmu próbującego zmodernizować i zracjonalizować wampiryczny mit. W trzy lata po świetnym "Martinie" George’a Romero, gdzie figurę wampira reprezentował współczesny wyalienowany nastolatek, Australijczycy także przenieśli wampiryczny mit w realia lat 70. i odarli go z nadnaturalnego sztafażu. W filmie Roda Hardy’ego wampiry symbolizuje dzisiejsza elita, dosłownie wysysająca krew przedstawicieli klas niżej położonych. Metaforą tego jest w filmie "farma dawców", położona na głębokiej prowincji, do której notable sprowadzają zdrowe i młode jednostki, by następnie za pomocą wykwalifikowanego personelu przetaczać ich krew "na własny użytek". Miejsce kłów zastępuje specjalistyczna technologia, a ubrane w czarne peleryny "dzieci nocy" zdegenerowani technokraci, którzy na zastrzeżenia Kate odpowiadają, że "wampiry to przesądy i zabobony". Prowadzony przez nich ośrodek przypomina rodzaj szpitala, jedyna różnica to taka, że jego ubrani w jednolite białe stroje "pacjenci", poruszający się po obiekcie pod ścisłą kontrolą nadzorców, są podejrzanie otępiali i anemiczni. Trzeba autorom filmu przyznać, że metafora bezwolnych ludzkich zombie dyrygowanych przez głodnych krwi bogaczy, jest dość inspirująca, szkoda tylko, że pomysł nie wykracza poza początkowe obietnice, a twórcy nie rozwiązują podstawowych wątpliwości (skąd oni rzeczonych "pacjentów" biorą? Dlaczego "dawcy" nie stawiają oporu i jeszcze wyrażają wdzięczność, że mogą służyć za króliki doświadczalne?).
Realizm miał być mocną stroną filmu, ale niestety scenariusz jest do tego stopnia nielogiczny (trudno się dziwić, że "Thirst" pozostaje jedyną pozycją w "dorobku" scenarzysty Johna Pinkneya) i niewiarygodny, że staje się tylko jego kulą u nogi. Wystarczy prześledzić sam proces przeistaczania się Kate (który jest przecież głównym wątkiem filmu!), by zrozumieć, że szeroko rozumiane pojęcia "realizmu" i "psychologii" nie występują w słowniku twórców filmu. Zabrakło także konsekwencji przy portretowaniu krwiopijców. Trudno zaakceptować realistyczną interpretację zdarzeń w przypadku, gdy kultystom zaczynają się świecić oczy na czerwono. Ten łopatologiczny efekt mający uzmysłowić widzowi, że "tak, ta pani jest teraz głodna krwi", przeczy fabule i do tego razi kiczem.
Biorąc pod uwagę jego wyjściowy potencjał, "Thirst" jest zatem sporym niewypałem. Na domiar złego podstawowy wątek filmu śledzi się bez większych emocji, a moralne wątpliwości Kate wyrażane przez kolejno wylewane kielichy z krwią / wypluwane kęsy jedzenia nasączone posoką, szybko zaczynają nużyć swoją powtarzalnością. Choć trzeba przyznać, że kultystom w przekonywaniu Kate do przejścia "na swoja stronę" nie brakuje fantazji i sięgają po najbardziej nieprawdopodobne środki, by osiągnąć swój cel. Łatwiej jest przecież zbudować wymagającą ogromnych nakładów środków "nawiedzoną komnatę", niż po prostu zostawić dziewczynę na głodzie na parę dni z kubkiem krwi. Ale jak już wspomniałem wcześniej, realizm nie jest atutem tego australijskiego horroru. Nie pomaga także grono dobrych aktorów zgromadzonych na planie (w tym David Hemmings i Henry Silva o rozpoznawalnej o każdej porze dnia i nocy facjacie, a nawet Robert "Patrick" Thompson, który nie miał jednak wiele do zagrania). Zdając sobie zapewnie sprawę z rangi produkcji, w jakiej przyszło im zagrać, nie prezentują nawet części swoich aktorskich możliwości i oddają pole Chantal Contouri, która udanie wypada w głównej roli Kate Davis. Szkoda tylko, że nigdy nie będzie jej dane rozwinąć aktorskiej kariery. A, no i nie zapominajmy o całkowicie przeszarżowanej kreacji nawiedzonej pielęgniarki o aparycji żeńskiego kapo z filmów naziploitation. Niby tylko charakterystyczny epizod, ale trzeba przyznać, że robi wrażenie!
Szczęśliwie twórcy nie zapomnieli o uzupełnieniu fabuły paru solidnymi zwrotami akcji (scena nad jeziorem) i efektownymi scenami, z których największe wrażenie robi moim zdaniem ta, w której na stojącą pod prysznicem Kate zaczynają się lać strumienie krwi. Na koniec zaś dostajemy dawkę Jamesa Bonda w amatorskim, ale przynajmniej pociesznym wydaniu, który pozostawia nas z pozytywnymi w sumie wrażeniami po zakończonej projekcji (swoje robi także pomysłowa pesymistyczna puenta).
"Thirst" był jednym z reprezentantów złotej fali australijskiego kina gatunku, dominującego na przełomie lat 70. i 80. Z wieloma zapomnianymi produkcjami z tamtych lat warto się zaznajomić ("Long Weekend", "Razorback", "Patrick" czy "Next of Kin"), kino Antypodów w tamtych latach miało niewątpliwie czym elektryzować publiczność. Jeśli więc macie dopiero rozpocząć przygodę z australijskim kinem grozy, to przystanek "Thirst" proponuję zdecydowanie ominąć.