Recenzja horroru

Horror To Be Twenty

To Be Twenty

Tytuł oryginalny:

Avere vent'anni

Reżyseria:

Fernando Di Leo

Scenariusz:

Fernando Di Leo

Obsada:

Lilli Carati, Gloria Guida, Vittorio Caprioli, Ray Lovelock, Roberto Reale

Kraj:

Włochy

Rok produkcji:

1978

Czas trwania:

94

Na przełomie lat 70. i 80. burzyła się krew włoskiego horroru. W 1979 miały swoją premierę "Zombie 2" i "Cannibal Holocaust", dwa archetypowe przykłady "trzewiowego kina grozy", choć zestaw ten wypada jeszcze uzupełnić o znakomity "Blue Holocaust" Joego D’Amato z tego samego roku. Wcześniej kinami Italii także wstrząsało kino brutalne i pozbawione kompromisów (najsłynniejszym tego przykładem jest rzecz jasna "Salo" Pasoliniego), jednak to dopiero tytuły z końca lat 70. zainicjowały "krwawą falę" we włoskiej produkcji gatunku; w najbliższych latach miało ono zostać zdominowane przez kino eksploatacji.

"Avere vent’anni" ("Mieć dwadzieścia lat") nakręcony przez mistrza kina sensacyjnego, Fernando Di Leo, jest dobrym przykładem filmu z "czasów przełomu". Niewinna z pozoru komedia erotyczna (wpisująca się w popularny wówczas na Półwyspie Apenińskim nurt tzw. sexy comedy) w finale dokonuje zwrotu i niespodziewanie przemienia się w brutalne kino spod znaku seksploatacji. Niespodziewana zmiana tonacji była zwiastunem produkcji, jakie zaleją Italię w latach późniejszych, jednak w swoim czasie wywoływała jedynie szok i niezrozumienie. Film miał fatalną prasę, został odrzucony przez publiczność, a kiniarze i producenci ratowali się naprędce usuwając jej niesławną finałową scenę. Nawet sam Di Leo, pewnie także pod wpływem krążących opinii, miał o swoim dziele bardzo krytyczne zdanie; to "dzięki" "Avere vent’anni" i kilku późniejszym projektom (w tym horror "Vacanze per un massacro" / "Madness") zszargał sobie reputację i ostatecznie zakończył karierę. Jak to jednak często z podobnymi filmami bywa, "Avere vent’anni", przez przeszło dwie dekady wyklęty i zapomniany, jest przykładem perły, z którą należy się obowiązkowo zapoznać, by nie pominąć przypadkiem jednego z najbardziej kontrowersyjnych włoskich tytułów drugiej połowy lat 70.

Bohaterkami filmu są Lia (Gloria Guida) i Tina (Lilli Carati), dwie dwudziestolatki (jak podkreśla Tina: "Jesteśmy młode, piękne i wkurzone"), które postanawiają na jakiś czas przyłączyć się do rzymskiej komuny hippisowskiej. Na spragnione wolności i szaleństwa dziewczyny czeka jednak szereg rozczarowań, głównie ze strony mężczyzn, niemal bez wyjątku w filmie cynicznych i sfrustrowanych. Dla Lii i Tiny podróż w poszukiwaniu spełnionej młodości miała się szybko zakończyć…

Fabularny szkic nieprzypadkowo nasuwa skojarzenie raczej z autorskim kinem społeczno-politycznym (co jest także specjalnością włoskiego kina) niż z horrorem w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. "Avere vent’anni", pozostając utworem gatunku, jest także ambitną próbą kina zaangażowanego, demistyfikującego iluzje czasów kontestacji i rewolucji seksualnej oraz rozliczającego ideały ruchów hippisowskich i feministycznych. Lia i Tina są przedstawicielkami młodego pokolenia nasiąkniętego mitami o wolności i niezależności, jednak droga do ich realizacji nie będzie usłana różami. Pobyt w komunie, do której trafiają dziewczyny, nie przypomina idylli. Już na wstępie Nazariota, sympatyczny oszust stylizujący się na natchnionego guru, ostrzega, że "nadeszły czasu kryzysu" i za pokój należy zapłacić. W komicznej postaci Nazarioty Di Leo ujmuje symboliczną biografię dawnego kontestatora, którzy porzucił ideały rewolucji na rzecz ekonomicznego pragmatyzmu i "małej stabilizacji". Także pozostałych mieszkańców komuny reżyser przedstawia w krzywym zwierciadle: mamy więc nawiedzonego mistyka bełkoczącego coś o "wyższym bycie", brzydkiego poczciwca o niezbyt czystych intencjach i odurzonych narkotykami młodych (jednego z nich gra zresztą sam Ray Lovelock, doskonale znany z ról w "Autopsy", "The Last House on the Beach" i "Murderock" – tym razem większość czasu ekranowego spędza w fazie REM). Nie mówiąc już o stałej obecności kontrolujących lokal Nazarioty policjantów.

Jedyną sensowną osobą w tym barwnym towarzystwie wydaje się młoda kobieta, która na tle wypisanych na ścianie lewicowych sloganów bawi się… niańczeniem dzieci. A więc tak ma wyglądać obiecywana emancypacja? Di Leo śmiało odwołuje się w filmie do feminizującego dyskursu, przeciwstawiając wyzwolonym i tętniącym młodością dziewczynom konserwatywne i zastygłe w inercji społeczeństwo patriarchalne. W jednej scenie, odważnej choć nie do końca moim zdaniem przekonującej, wzorem dokumentalistów francuskiego nurtu cinéma vérité, Di Leo "oddaje kamerę" swoim bohaterkom. W spontanicznym monologu zwróconym w stronę kamery Lia i Tina rzucają oskarżenie w stronę społeczeństwa, które nie daje kobietom szans na samorealizację, skazując je na odgrywanie tradycyjnych ról. Brzmi ono jeszcze mocniej dzięki wyznaniu Tiny, która zwierza się, że była molestowana seksualnie w młodości. Świetnie z tą sceną współgra wcześniejsza, nieinscenizowana wędrówka roztańczonych bohaterek ulicami Rzymu, gdzie jako symbol "nowego ładu" zderzone zostają z wizerunkiem apatycznego ulicznego tłumu. Po rewolucji społecznej i seksualnej końca lat 60. dekadę później nie pozostało już śladu. Przekraczając narzucone im role, przejmując wzory zachowań zwyczajowo rezerwowanych mężczyznom (to one w filmie flirtują i dobierają sobie partnerów), Lia i Tina natykają się na zdecydowany społeczny opór.

Autor "Vacanze per un masacro" rzecznikiem płci pięknej? Krytyczne głosy o "Avere vent’anni" zdają się sugerować coś przeciwnego. Di Leo był przecież oskarżany o uprzedmiotowienie swoich bohaterek i mizoginię. Oczywiście, są to zarzuty słuszne, biorąc pod uwagę, że "droga do wyzwolenia kobiet" właściwie sprowadzona zostaje w filmie do znalezienia sobie odpowiedniego partnera seksualnego (to się dopiero nazywa walka z patriarchatem ;) !), a reżyser skwapliwie korzysta z każdej nadarzającej się okazji, by rozebrać przed kamerą Glorię Guidę i Lilli Carati. W porządku, jasne, ale zapomina się przy tym, że "Avere vent’anni" wpisany jest w nurt komedii erotycznej (bardzo we Włoszech seksistowskiej), a Di Leo znakomicie tę konwencję przełamuje. Faceci nie tylko źle wypadają w rolach niegdysiejszych piewców rewolucji, ale i okazują się fatalnymi kochankami. W ładnej scenie erotycznej para młodych kochanków błyskawicznie zaspokaja swoje seksualne potrzeby, nie dostarczając naszym pięknym dziewczynom satysfakcji. Cóż zrobić? Mężczyźni okazali się do niczego, zatem Lia i Tina odnajdują szczęście we własnych ramionach (jako widzom pozostaje nam tylko takiemu rozwiązaniu przyklasnąć). Raz jeden mężczyźni udowadniają w filmie "na co ich stać", ma to jednak miejsce dopiero w osławionym finale, w którym seksualną impotencję rozładowują strumieniem krwi. Trzeba w końcu nauczyć niegrzeczne dziewczyny posłuchu.

Tragiczny finał, do którego zmierza akcja filmu, nie jest tylko gratisowym pokazem przemocy i nagości. Nihilistyczne zakończenie, w którym Di Leo śmiało nurza się w brutalnej seksploatacji, znakomicie puentuje całość. Dopiero w ostatniej scenie (która zresztą buduje efektowną ramę ze sceną otwierającą) reżyser dopełnia swoje rozliczenie z epoką kontestacji o ponury finalny akord.

Epilog dopisała biografia pięknej brunetki Lilli Carati, która świetnie wypadła w roli libertyńskiej Tiny. W połowie lat 70. Lilli wydawała się być wschodząca gwiazdą włoskiego ekranu – błyszczącą urodą (w konkursie o tytuł włoskiej miss piękności zajęła zresztą drugie miejsce) i siłą komiczną, co gwarantowało jej angaż do licznych komedii erotycznych. W następnej dekadzie jednak, zmagając się z depresją i uzależnieniem od narkotyków, ostatecznie ograniczyła się do występów w filmach pornograficznych, po czym na długo wycofała się z życia publicznego.

"Avere vent’anni" broni się dzisiaj i bez swojej legendy filmu przyjętego w aurze skandalu. Mimo trzydziestu lat, jakie minęły od daty premiery, nadal imponuje odwagą i oryginalnością. W końcu jak wielu reżyserów w ostatnich latach – w czasach przełamywania konwencji, plot twistów i gatunkowej hybrydyzacji – pozwoliło sobie na równie śmiałe narracyjne wolty i bezkompromisowe ujęcie tematu?

Ocena: 5-/6

Autor: flagg