Recenzja horroru

Vampiros
Tytuł oryginalny:
Vampiros
Reżyseria:
Euduardo Ortíz
Scenariusz:
Eduardo Ortíz
Obsada:
Jorge Dieppa, Israel Lugo, Elí Cay, Wanda Rovira
Kraj:
Portoryko
Rok produkcji:
2004
Czas trwania:
98 minut






Filmowe wampiry to domena produkcji głównie z kręgu euroamerykańskiego, choć bardziej rozeznani w temacie wskazują również na mitologię chińską poświęconą krwiopijcom, a która znalazła odbicie na celuloidowej taśmie. Jednak mit wampiryczny jest obecny również w produkcji filmowej takich krajów jak Japonia, Brazylia czy Kuba. Na mapie świata można wbić kolejną szpilkę, tym razem chodzi o debiut Euduardo Ortiza "Vampiros", który powstał w Portoryko.
Na koncercie Jonathan poznaje zmysłową blond piękność, która zamiast pić "Sex on the beach" woli go uprawiać. Po upojnie spędzonej nocy z mężczyzną zaczyna się dziać coś niedobrego. Okazuje się, że obiekt jednonocnego zainteresowania zamienił go w wampira. Z pomocą dwójki przyjaciół Jonathan stara się dowiedzieć czegoś więcej o swoim nowym stanie. Podróż przez okryte nocą miasto przynosi odkrycie, że San Juan zamieszkałe jest przez skonfliktowane ze sobą grupy wampirów. Mężczyzna próbując odwrócić proces przemiany w nocnego drapieżnika będzie musiał opowiedzieć się po którejś ze stron. Czy uda mu się zachować resztki człowieczeństwa, czy też coraz silniejsze pragnienie ludzkiej krwi, sprawi że zatopi zęby w szyjach przyjaciół?
Przede wszystkim należy od razu nadmienić, że "Vampiros" to produkcja niskobudżetowa, co widać praktycznie na każdym kroku. Aktorsko takie sobie, wnętrza najpewniej prywatne, dialogi nieporadne. Jest również dużo zabiegów charakterystycznych dla początkujących twórców, którzy sądzą, że czarnobiały czy nieostry obraz albo komputerowy montaż z efektami rodem z PowerPointa to dobry ersatz sprawności operatorskiej i tanie do uzyskania "efekty specjalne". Mnie osobiście to drażni, bo nie widzę jakiejkolwiek celowości takich zabaw – "zobaczmy co się stanie, jak nacisnę ten guzik". Z drugiej strony w obrazie Ortiza nie brakuje sekwencji, które wymagały choć odrobiny przygotowania kaskaderskiego. Są również sceny, które naśladują efekty widziane w kinie gatunkowym – wampir unoszący się w powietrzu czy trzymanie przeciwnika poza krawędzią dachu na wyciągniętej ręce. Zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się, po co twórcy starają się zrobić niskobudżetową wersję efektów, które zdecydowanie wyglądają lepiej i bardziej przekonująco, kiedy dysponuje się budżetem większym niż kilka tysięcy dolarów. Zamiast swoją słabość – ograniczone finanse – przekuć w siłę, dopracowując scenariusz, widz potraktowany zostaje słabo wykonaną kopią tego, co już wcześniej widział. Niemniej jednak, "Vampiros" wygląda całkiem przyzwoicie jak na tego typu produkcję.
Ortiz nie chce tak naprawdę straszyć swojej publiczności. Bierze się natomiast za kolejny mariaż horroru z komedią. W efekcie otrzymujemy produkt ani straszny ani zabawny. Co prawda rama fabularna jest w miarę ciekawa – oto główny wampir zwany "Ojcem" dla własnej rozrywki konfrontuje ze sobą dwie wampirze frakcje. Do tego jest jeszcze motyw wampirycznego mesjasza, który oświadcza, że członkowie plemienia nocy są prawdziwymi wybrańcami Boga. Sami zaś krwiopijcy przestawieni są jako istoty, które cierpią, nudzą się i szukają miłości. Nie są to może cechy zbytnio oryginalne, niemniej jednak mnie osobiście nagromadzenie takich polemik z mitem wampirycznym wystarczająco zainteresowało. Wedle informacji zamieszczonych na stronie "Variety", oryginalne wydanie DVD miało ponad dwugodzinny czas projekcji. Wersja tu opisywana ma niecałe 100 minut. Część nieco rozbudowanej mitologii została wycięta i jak się wydaje przynajmniej kilka scen walki wręcz (na szczęście!).
W ramach ciekawostek można wspomnieć, że w jednej z ról drugoplanowych występuje tu puertorykański muzyk Daddy Yankee (gra aktualnego chłopaka byłej dziewczyny Jonathana), którego niektórzy z amatorów prostych bitów (tacy jak ja;-) mogą kojarzyć z piosenki "Gasolina". A kapela, na której koncercie rozgrywa się pierwsza partia filmu to Circo – autentyczny band z San Juan.
Poza niewielką dawką egzotyki i zabaw z mitologią wampiryczną film Ortiza nie zaoferował mi zbyt wiele. Ot, kolejna niskobudżetowa produkcja, która nieudolnie stara się być zabawna, ale jest całkiem sprawnie nakręcona. W USA film miał premierę podczas New York International Latino Film Festival w ramach sekcji "cutting-edge". No cóż, jeśli tak się prezentuje nowatorskie i odkrywcze kino latynoamerykańskie to ja jeszcze trochę poczekam na jego rozwój, żeby czerpać z seansów więcej przyjemności. Mimo to, półtorej godziny spędzonej z "Vampiros" to całkiem niezłe wyjście dla tych, którzy lubią kino z mniej oczywistych zakątków świata.