Recenzja horroru

HorrorThon 2007 - krótka relacja...
Array

Dubliński festiwal horroru to impreza w dużej mierze lokalna, bez światowej renomy, robiona przez kilku zapaleńców. Obok nowości, pojawiają się pozycje liczące sobie kilka dobrych lat, w tym takie dziwactwa, że oko bieleje. W zeszłym roku dowiedziałem się o HorrorThonie przypadkiem – ot, zaszedłem jak to mam w zwyczaju do Irish Film Institute, żeby wziąć program kinowy na następny miesiąc i pobuszować w niewielkiej księgarence – a nuż, rzucili jakieś pozycje o gatunku. Moją uwagę przykuła ulotka, gdzie widniało słowo „horror”. Byłem niezgorzej zaskoczony, że w Dublinie ktoś organizuje festiwal grozy (no, ale jeśli w takim Toruniu można, to dlaczego nie w stolicy Irlandii?). Niestety z powodu wyjazdu do Polski nie mogłem uczestniczyć w całej dziewiątej edycji, ale obiecałem sobie, że w przyszłym roku to już na pewno zobaczę cały! Z zeszłorocznej imprezy zapamiętałem kilka rzeczy – jak ryknąłem śmiechem, kiedy Jay Slater (pisujący do m.in. „DarkSide” autor „Eaten Alive! Italian Cannibal And Zombie Movies”) powiedział publicznie, że HorrorThon to najlepszy festiwal horroru na świecie. Rechotałem jak głupi, bo wciąż w pamięci miałem swój kompletny opad szczęki po zakończeniu FrightFestu – londyński festiwal mnie zmiażdżył. Ponowna projekcja „The Lost” tylko utwierdziła mnie w pierwszym wrażeniu, że Chris Siverston stworzył dzieło niezwykłe. Lamberto Bava okazał się sympatycznym panem, który nie bardzo potrafi mówić po angielsku, za to „The Torturer” okazał się być filmem absolutnie niesympatycznym, po prostu złym. Był również Andrew Deane, producent wykonawcy serii „Masters of Horror”, który opowiadał trochę o pomyśle i szczegółach realizacji tego finansowanego przez Showtime projektu. Program prezentował się całkiem nieźle, choć sporo tytułów pokrywało się z tymi wyświetlanymi na FrightFeście. Zaliczyłem tylko trzy niepełne dni, ale byłem zadowolony. W tym roku miało być inaczej – miałem obejrzeć wszystko.

Oczywiście nic z tego nie wyszło, na co złożyło się kilka czynników – przede wszystkim praca. Ale tym razem zdołałem być na czterech z pięciu dni festiwalu. Imprezę otworzyło „30 Days of Night” - adaptacja świetnego (jak się w moim przypadku dopiero później okazało – na wersję papierową rzuciłem się po projekcji filmu Davida Slade'a) komiksu. Opowieść o grupie wampirów terroryzujących małe miasteczko Barrow na północy Alaski to półtorej godziny naprawdę dobrej zabawy. Ciężar tego obrazu jest zdecydowanie lżejszy od poprzedniego dzieła Slade'a - „Hard Candy”, ale widać, że reżyser pewnie czuje się również w bardziej tradycyjnej grozie. Choć akcja rozgrywa się w niecodziennym miejscu, to niestety nie udało się uniknąć schematyzmu sytuacji, czy rysunku postaci, pewnych naiwności i nieprawdopodobieństw. Ale część tych zarzutów blednie wobec kilku naprawdę krwawych scen, rewelacyjnych zdjęć (zdziesiątkowane Barrow, ujęte z lotu ptaka, z plamami świeżej krwi na śniegu robi niesamowite wrażenie) i niezłego aktorstwa. Z racji komiksowego rodowodu można również w miarę bezboleśnie przełknąć zakończenie – patetyczne, efekciarskie i naiwnie łzawe. Podobnie jak w zeszłym roku, organizatorzy wybrali świetny tytuł na otwarcie festiwalu (dziewiątą edycję zaczął „The Host”).

Pierwszy dzień to tylko rozgrzewka, dlatego w programie były tylko dwa filmy. Na „Dead Silence” nie czekałem zbyt niecierpliwie, bo choć „Saw” dostało kiedyś ode mnie na Danse Macabre całkiem niezłą notę, to jakoś nie mam przekonania co do talentu, który mieliby posiadać panowie James Wan i Leigh Whannell. I nie pomyliłem się. Po pół godzinie tego gniota miałem ochotę wyjść z kina. Twórcy chyba zapomnieli, że tym razem wpadli na pomysł nakręcenia ghost story, a nie ocierającego się momentami o gore horroru. I z taką samą wrażliwością i pomysłem na film przystąpili do pracy nad kolejnym dziełem. Efekty są porażające. „Jump scares” serwowane są widzowi z finezją uderzenia bejzbolowym kijem, jakby to były kolejne pułapki Jigsawa. Dziurawa jak sito fabuła i irytujący scenariusz pogłębiają tylko niekorzystne wrażenie. A wszystko kładzie kiepskie aktorstwo. Owszem, niektóre poprawione komputerem kadry wyglądają całkiem ciekawie, ale mi się to kojarzyło bardziej z tandetą lunaparku i czegoś w rodzaju „Tunelu Strachu”, niż z prawdziwym nastrojem niepokoju czy grozy. A że zwroty akcji serwowane na końcu filmów wychodzą mi już bokiem, to i ten zaproponowany przez twórców „Dead Silence” nie wywołał większych emocji. Raczej pewien niesmak – ghost story i takie pomysły? Toż to się niemal Troma kłania. Dlatego w momencie kiedy z ekranu pada przeraźliwie idiotyczne „to silence those who silenced me” stwierdziłem, że mam dość tych nonsensów i z ulgą wybiegłem z kina, by zdążyć na nocny autobus to domu. Finał historii obejrzałem z już płyty w zaciszu czterech ścian mojego pokoju. I wiem, że bardzo dobrze zrobiłem, bo gdybym chciał obejrzeć całość w kinie, to nawet najbardziej wysmakowany twist fabularny nie wynagrodziłby mi dwugodzinnego szwendania się w niezbyt przyjemną pogodę po nocnym Dublinie w oczekiwaniu na kolejny autobus. Co dopiero taka tandeta jaką zaprezentowali Wan i Whannell.


Dzień 2


Niestety obowiązki nie pozwoliły mi na zjawienie się w IFI na pierwszej piątkowej projekcji, nie bez pewnego żalu musiałem więc odpuścić sobie historię kanibalistycznej rodzinki, którą opowiada „Motel Hell”. Cóż, nie dane mi było zasmakować najlepszych meat pies w promieniu stu mil od motelu Hello. Żałuję, choć jestem wegetarianinem.

Ale kolejnego seansu po prostu nie mogłem przegapić. „Friday the 13th: The Final Chapter”!!! Tego typu filmy trzeba oglądać wyłącznie w kinie wypełnionym po brzegi fanami gatunku (ewentualnie może być domowa impreza i sporo piwa i orzeszków). Na „Piątku” nie trzeba myśleć tylko delektować się krwawymi zgonami bohaterów, nagimi biustami i głupawym humorem, który śmieszy swoją nieporadnością. Akurat ta część cyklu nadaje się do tego celu idealnie. Za krwawe efekty ponownie odpowiada Tom Savini (podobnie jak w części pierwszej), za kamerą Joseph Zito (twórca „Rosemary's Killer”) i jedna z pierwszych ról Corey Feldmana – szkoda, że w IFI nie sprzedają popcornu, bo do tego filmu nadałby się idealnie.

Kolejny punkt programu to „Gamerz” - szkocka opowiastka o fanach erpegów. Nic nie mam przeciwko urozmaicaniu programów festiwali gatunkowych filmami z trochę innej bajki. Ale akurat historia miłosnego trójkąta, który rozgrywa się w realu i w świecie fantasy niezbyt przypadła mi do gustu. Owszem, wizualne pomysły, kiedy bohaterowie wkraczają do wyimaginowanego świata, są niezłe, aktorzy całkiem do rzeczy (no i ten kosmiczny dla mojego ucha szkocki akcent, który sprawiał, że momentami czułem się jak na projekcji jakiegoś azjatyckiego filmu wyświetlanego bez napisów), ale całości brakuje jakiegoś ognia, czegoś co bardziej przykułoby mnie do ekranu. Niemniej jednak, jako ciekawostkę obejrzeć można.

Dwa kolejne filmy „Botched” i „Joshua” sobie odpuściłem – widziałem je na FrightFeście. Ten pierwszy jest zabawną i krwawą komedią, ale nie miałem wielkiej ochoty na ponowny seans. Tym bardziej jeśli chodzi o drugi obraz, bo że dzieci to zło, dobrze wiem sam. I nie potrzebuję George Ratliff'a, żeby mi o tym przypominał. Na „Attack of the Beast Creatures” miałem wrócić do kina, bo to pobodno nieziemski sernik, kino klasy Z i ubaw po pachy, ale Arthur Guinness porwał mnie w swoje objęcia i nie chciał puścić.


Dzień 3


David Arquette po występach u Wesa Cravena i Micka Garrisa postanowił sam stanąć za kamerą. Efekt tej decyzji - „The Tripper” jest wysoce zadowalający. Bezpretensjonalna opowieść o grupce neo-hipisów, czy jak ich tam zwać, którzy chcą się dobrze zabawić na koncercie organizowanym w leśnej głuszy, a zamiast tego po kolei trafiają pod ostrze siekiery maniaka w masce Ronalda Regana to półtorej godziny dobrej zabawy. Arquette wie czego oczekuje publika i nie sili się na tworzenie przełomowego horroru, który nakreśli nowe granice gatunku. Zamiast tego porusza się po dobrze znanym terytorium i choć „The Tripper” jest zbudowany ze znanych wszystkim klocków, to zabawa jest przednia. Reżyserowi udało się wcisnąć w swój debiut sporo politycznej satyry, gołych osobników płci obojga i wystarczająco dużo gore, by zadowolić miłośników horroru. To kolejny w programie HorrorThonu idealny film pod popcorn i pepsi pitą przez słomkę.

O „End Of The Line” nie wiedziałem nic, chyba nawet nie przeczytałem przed projekcją notki w folderze festiwalowym. Tym bardziej byłem pozytywnie zaskoczony tym kanadyjskim apokaliptycznym survivalem. Grupa pasażerów metra zostaje zaatakowana przez wyznawców millenarystycznego kultu, którzy wierni instrukcjom otrzymywanym na pagery mają za zadanie zbawić swoich współpasażerów... zabijając ich. Niskobudżetowa, ale nad wyraz sprawnie opowiedziana klaustrofobiczna historia rozgrywająca się w podziemnych korytarzach metra, wydaje mi się niezłym argumentem na poparcie tezy Alana Jonesa, że horror przeżywa teraz swoje najlepsze dni.Tylko trzeba wiedzieć gdzie szukać. Bycie fanem grozy, który nie zadowala się byle czym wymaga aktywnego szukania w różnych miejscach. Nie można się skupiać tylko na tym co oferują duże studia, o czym można przeczytać w mainstreamowej prasie, czy nawet w pismach poświęconych gatunkowi – należy prowadzić własne poszukiwania. „End Of The Line” to porządny kawałek filmowego strachu. Żadna rewolucyjna sztuka, momentami kiczowata (te sztylety, którymi zwariowani wyznawcy dziwnego kultu mordują bliźnich, reżyser mógł zastąpić czymś mniej tandetnym), ale nakręcona z pasją i wciągająca.

Kolejny punkt programu to „Predator” - sala wprost pękała w szwach! Był to jeden z najbardziej obleganych seansów tegorocznego festiwalu. Bo jak nie podziwiać Arniego w roli majora Dutch'a, który z austriackim akcentem wyrzuca z siebie drewniane kwestie i sieje zniszczenie w południowoamerykańskiej dżungli. Publika recytowała na głos co lepsze kawałki dialogów („You're bleeding”; „I don't have time to bleed”) i oklaskami reagowała na prężącego muskuły obecnego gubernatora Kalifornii w jego poprzednim wcieleniu. Ale pomijając pewną kiczowatość i niezamierzoną śmieszność niektórych motywów, trzeba przyznać, że „Predator” to kawał niezłego survivalu wymieszanego z horrorem sf. A postać Drapieżcy to arcydzieło sztuki charakteryzatorskiej.

Kolejny w programie był „Teeth”, który dla mnie był kolejną powtórką z FrightFestu. Ponieważ organizatorzy nie przewidzieli czegoś tak banalnego, że widz po siedzeniu przez pół dnia w kinie, głodnieje i nie zaplanowano jednej dłuższej przerwy na posiłek między seansami, miałem zamiar wymknąć się w połowie projekcji do niedalekiej wegetariańskiej knajpki. Ale film Mitchell'a Lichenstein'a jest na tyle dobry, że wybrałem pusty brzuch, zamiast odpuszczenia sobie połowy „Teeth”. Poza tym chciałem jeszcze raz uważnie obejrzeć perypetie Dawn, bo podczas londyńskiego festiwalu coś mi zazgrzytało w odbiorze. I o ile nadal uważam, że to dobra horror-komedia, to wydaje mi się, że reżyser źle rozłożył nacisk na poszczególne wątki. Z jednej strony jest duży ładunek śmiechu, odgryzane penisy i satyryczny obraz grupek oddanych „czystości przedmałżeńskiej”, a z drugiej dramat chorej matki głównej bohaterki, który opowiedziany jest podobnym tonie co inne wydarzenia. Nie ma w tym filmie prawdziwych emocji. Ale też Lichensteinowi chodziło pewnie o nakręcenie rebelianckiej komedii w oparciu o ciekawy pomysł. Efekt jest naprawdę zadowalający, ale można było dopracować detale.

Na przedostatni film tego dnia czekałem bardzo niecierpliwie – w końcu minęły dwa miesiące kiedy ostatni raz widziałem Mandy Lane. I nie zawiodłem się, ocena, którą wystawiłem „All The Boys Love Mandy Lane” w recenzji jest jak najbardziej zasłużona. Drugi seans dał mi szansę do dokładniejszego przyjrzenia się stronie technicznej filmu. Twórcy filmowali Amber Heard przy użyciu „miękkiego obiektywu”, który wygładza obraz i dzięki temu aktorka wyróżnia się spośród obsady. Szczególnie wyraźnie widać to w scenie rozmowy w łazience między Mandy i Chloe. A skoro już o tej scenie mowa, to szkoda że reżyser nie wyszedł tylko poza bardzo delikatne sugestie lesbijskie;-) Koniecznie należy wspomnieć o rewelacyjnej piosence, która zamyka film - „Sealed With A Kiss”. Gdybym stworzył kiedykolwiek listę filmów, w których utwór muzyczny idealnie pasuje do obrazu, finał dzieła Levine'a znalazłby się na wysokiej pozycji.

Sobotni dzień festiwalowy dawał widzowi do wyboru dwa filmy na zakończenie - „Sette Note In Nero” Fulciego i „Fright Night” Toma Hollanda. Chyba nie muszę pisać, że oczywiście wybrałem ten drugi... Nie, jasne, że żartuję. Możliwość obejrzenia jednego z najlepszych filmów ojca chrzestnego gore na dużym ekranie to okazja, której nie można było przegapić. Szkoda tylko, że film był puszczany z płyty, zamiast z taśmy filmowej. Ucierpiała na tym jakoś obrazu, a dźwięk był momentami ledwo słyszalny. Niemniej jednak po raz kolejny dałem się urzec magii mistrza Lucio. A genialny motyw przewodni nuciłem jeszcze na następny dzień. Swoją drogą „Fright Night” też będę musiał sobie odświeżyć, bo oglądałem ten film dawno temu i chyba niezbyt słusznie go nie polubiłem.

Po seansie moje myśli pomknęły w kierunku zarządu Dublin Bus, który jest tak wspaniały, że w stolicy kraju wydawałoby się cywilizowanego na nocny autobus trzeba czekać półtorej godziny. Zamiast wałęsać się po rozbawionym Temple Barze postanowiłem skorzystać z innej linii, która wprawdzie nie dociera do miejsca w którym mieszkam, ale przecież 10 kilometrów to nie jest jakiś przerażający dystans, a poza tym zawsze są taksówki. Taaak... Spróbujcie zadzwonić po taksówkę w okolicach drugiej w nocy w Irlandii – około godziny oczekiwania, jeśli kierowca w ogóle przyjedzie. Pozostał więc spacer. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zaczęło lać. Tym sposobem dotarłem do domu później niż gdybym poczekał na właściwy autobus i dodatkowo kompletnie przemoczony. Ech, ja i moje wspaniałe pomysły!


Dzień 4


Jak i podczas zeszłorocznej imprezy, w tym roku również moja obecność na festiwalu była daleka od wzorowej. Wykończony nocnymi spacerami odpuściłem dwa pierwsze seansy niedzielne. Żałuję „Summer Scars” Juliana Richardsa, bo organizatorzy zachwalali nowy film twórcy „Last Horror Movie”. Za to dwóch odcinków „Masters of Horror” nie żałuję wcale. Co prawda na HorrorThonie prezentowane były jedne z lepszych opowieści drugiego sezonu - „The Screwfly Solution” Dante'go i „The Black Cat” Gordona, ale ja uważam całą serię mimo wszystko za pomyłkę. Ale też nigdy nie należałem do fanów „Opowieści z Krypty” i podobnych, stąd pewnie taka ocena.

Za to odrestaurowanej na 50-lecie wersji hammerowskiego Draculi odmówić sobie nie mogłem. British Film Institute wziął na tapetę amerykańską kopię filmu, która jest dłuższa od pociętej angielskiej i włożył sporo pracy, żeby przywrócić klasykowi jego blask. I faktycznie, Christopher Lee wygląda imponująco w czarnym płaszczu, z przekrwionymi oczami i pokazanymi po raz drugi w historii kina wampirzymi kłami (Turcy byli w tym wypadku pierwsi!). Ale opowieść zestarzała się dość znacznie – momentami sala pękała ze śmiechu widząc sztywną angielską atmosferę, sztuczne dialogi i grę aktorską. Niemniej jednak dzieło Terrence Fishera to rewolucyjny w tym momencie już klasyk, którego nie wypada nie znać. I co by nie mówić – możliwość obcowania z hammerowskimi filmami na dużym ekranie to naprawdę wielka przyjemność, nawet jeśli same filmy pokryła już nieco patyna czasu.

Tradycją HorrorThonu jest film niespodzianka. Co roku organizatorzy umieszczają w folderze festiwalowym znak zapytania przy godzinie projekcji i trzymają widzów w niepewności co zobaczą. Co ciekawe sporo osób przyszło do kina tylko na film niespodziankę! Podsłuchałem kilka rozmów w holu kina, z których wynikało, że niektórzy z tam obecnych nie widzieli innych festiwalowych filmów, a mają zamiar obejrzeć tylko ten. W tym roku wyświetlono „Shrooms”, co niezbyt mnie ucieszyło, gdyż oczywiście widziałem film Paddy Breathnach'a na FrightFeście. Ale z Mortem byliśmy mocno zmęczeni pod koniec drugiego dnia londyńskiego festiwalu, kiedy puszczano „Shrooms” i szczerze mówiąc po zakończonej imprezie, niezbyt wiele mogliśmy powiedzieć o tej irlandzkiej produkcji. Pamiętaliśmy tylko ogólne wrażenie - „taki sobie”. Powtórna projekcja, podobnie jak w przypadku Mandy Lane, utwierdziła mnie w pierwotnej ocenie. Zrobiony jak to mówią Anglicy, „by the numbers” slasher z elementami nadprzyrodzonymi nie jest w stanie wytworzyć napięcia i przestraszyć widza. Ale też nie takie jest zadanie reprezentantów tego subgatunku. Moim skromnym zdaniem ten film to idealny zapychacz czasu, kiedy człowiek ma wolne półtorej godziny. Dzieło do szybkiego zapomnienia. Swoją drogą oglądałem irlandzki horror na festiwalu w Dublinie. Ciekawe kiedy podobna sytuacja zdarzy się w Polsce – polski film grozy na polskim festiwalu (no dobra, pamiętam jakiegoś knota z Gonerą bodaj, puszczonego na Horror Fieście. Ale to był krótki metraż, więc się nie liczy).

Po krwawych ekscesach w irlandzkiej głuszy przyszedł czas na największe zaskoczenie festiwalu. „Stuck” Stuarta Gordona wyjął mnie z butów i to nie tylko za sprawą sceny łóżkowej z Meną Suvari. Sądząc po reakcjach publiczności, większość zgodnie uznała, że był to chyba najlepszy premierowy film tej edycji HorrorThonu. Zainspirowany ponoć prawdziwymi wydarzeniami obraz twórcy „Society” opowiada o pielęgniarce, która wracając z imprezy tak nieszczęśliwie potrąca bezdomnego, że ten utyka w przedniej szybie jej samochodu. Kompletnie spanikowana dziewczyna nie wie co robić i koniec końców nie informując nikogo o zdarzeniu dociera do domu i parkuje auto w garażu. Po tak nietypowej ucieczce z miejsca wypadku sytuacja eskaluje makabrycznych rozmiarów, aż do spektakularnego finału. Mena Suvari jako apetyczna piguła, Stephen Rea ze swoją poczciwą twarzą nieszczęśnika, na którego spadają kolejne nieszczęścia, sporo humoru i kilka momentów, w których otwiera się szeroko oczy ze zdumienia (albo odwraca wzrok, jak niektórzy z obecnych na sali – scena z psem po prostu miażdży!) to przepis na świetny film.

Na ostatnią projekcję tego wieczoru ostrzyłem sobie zęby – przygody filipińskiego Jamesa Bonda w wersji mikro to musi być coś! Ach, prawda. Do wyboru znowu były dwa filmy - „For Your Height Only” właśnie i „Skinwalkers”, ale ten drugi to taka katastrofa, że wyparłem go z pamięci zaraz po opuszczeniu kina w połowie seansu w Londynie i więcej nie chcę do niego wracać. Niestety, po raz kolejny muszę serdecznie pozdrowić środkowym palcem Dublin Bus – w stolicy Celtyckiego Tygrysa w niedzielę nie kursują nocne autobusy! Na szczęście przygody Weng Wenga jako agenta 00 wydało Mondo Macabro, więc nie jest tak źle. Ale nie ma to jak projekcja podczas festiwalu. Dobrze, że ostatnio dolar nisko stoi, to płyta z USA nie wyjdzie tak drogo.


Dzień 5


Mimo że 29 października to Bank Holiday, czyli dzień ustawowo wolny od pracy w Irlandii, niektórzy pracować jednak muszą. Z tego powodu nie mogłem uczestniczyć w ostatnim dniu festiwalu. A szkoda, bo obejrzeć „Planet Terror” Rodrigueza na HorrorThonie to by było coś! Niestety pozostała mi wycieczka do multipleksu w późniejszym terminie. „Snoop Dogg's Hood Of Horror” już widziałem – na FrightFeście, a jakże, tyle tylko, że w zeszłym roku. W przypadku tego filmu odczucia mam podobne do odbioru „Masters of Horror” - nie jestem fanem opowiastek z morałem w duchu EC Comics, więc średnio mi się podobało. Jest co prawda kilka niezłych pomysłów, scena z głową nabitą na butelkę od cidera jest dostatecznie krwawa by się podobać, aktorki ładne, ale to nie moja bajka. Najbardziej chyba podobała mi się animowana klamra spinająca trzy opowiastki z których składa się „Hood of Horror”. Ominął mnie za to „Driftwood” Tima Sulivana, reżysera „2001 Maniacs” - remaku jednego z pierwszych obrazów gore spod ręki Hershella Gordona Lewisa. Zaś projekcji „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” z okazji trzydziestolecia filmu jakoś nie żałuję. Widziałem ten film Spielberga co najmniej dwa razy i wystarczy.

Kilka luźnych uwag na zakończenie. HorrorThon nie ma takiego prestiżu jak inne festiwale, ale to i tak świetna impreza. Nowe produkcje mieszają się z klasyką, na brak wrażeń nie można narzekać. Szkoda tylko, że brakuje konferansjerki – osobiście lubię, kiedy przed każdym filmem organizator ma do powiedzenia kilka słów zgromadzonej widowni, a nie tylko rzuca dvd w tłum. Ale wyświetlane obrazy bronią się w większości przypadków same. No i to diabelskie reggae, które leciało w przerwach między kolejnymi pokazami. Co ciekawe, sporo wśród publiki kobiet, co cieszy. Co jeszcze ciekawsze średnia wieku jest też na oko większa niż na takim FrightFeście. Wnioskując tylko ze składu widowni HorrorThonu, można dojść do wniosku, że niezależnie od wieku, Irlandczycy lubią horror. Zastanawia jednak, dlaczego w takim razie tak niewiele horrorów tu powstaje. A ja obiecuję sobie, że kolejną edycję festiwalu zaliczę całą. Czy mi się to uda, zobaczę za rok.

Autor: grzEGOrz