Koniec stycznia, więc chyba czas już najwyższy, by opublikować coroczne podsumowanie zeszłego roku na polskim rynku filmowej grozy. Zasady ustaliliśmy takie jak w zeszłych latach, wiec tu bez zaskoczeń. Ale zanim zaczniemy kilka mniej lub bardziej luźnych refleksji.
Przez horrorowy wirtualny światek przetoczyła się fala podsumowań dekady – czy była dobra dla widzów i twórców, jakie trendy zadomowiły się w kulturze masowej, a co się stało passe. W Danse Macabre poczekamy z ewentualnymi podsumowaniami na prawdziwy koniec dekady, czyli za rok. Jakoś nie działa na nas magia liczb i fakt, że rozpoczął się rok 2010 nie zaćmił nam umysłów na tyle, by nie móc policzyć do dziesięciu właśnie.
Druga kwestia jest poważniejsza. Przeglądając zgłoszone przez członków DM głosy na knoty i hity minionego roku rysuje się smutna asymetria. Po raz kolejny większość filmów puszczanych na multikinowskim Horror Festiwalu została zgłoszona w kategorii – złomy, szroty i barachło. Trochę martwi taka tendencja. Czy naprawdę w Polsce jesteśmy skazani na kino słabe, spod znaku Carismy (RIP) i sequeli STD? Jak pokazuje nasze TOP10, okazuje się, że wcale nie. A co do festiwalu, dobrze, że przynajmniej jeden z filmów puszczanych podczas trzeciej edycji zakwalifikował się do najlepszej dziesiątki.
To oczywiste, że każdy gatunek ma to do siebie, że większość pozycji, które wychodzą na rynek, to tytuły średnie i nijakie. Niemniej w horrorze ta prawidłowość jest wyjątkowo widoczna. Sklepowe półki zalewają kręcone za śmieszne pieniądze kontynuacje tytułów, które zdobyły choć garstkę fanów i zarobiły przyzwoite pieniądze. Moim zdaniem szkoda życia na oglądanie tego chłamu i podziwiam tych członków DM, którzy mają zdrowie by wynalazki typu „Anaconda 4: Trail of Blood”, „Boogeyman 3”, „Joy Ride 2”, „Rest Stop: Don’t Look Back” i im podobne, jednak przyswajać. Co ciekawe, w tym roku dość prosto poszło zgłaszanie typów do dziesiątki najlepszych tytułów – to co najciekawsze w filmowej grozie jednak się ukazuje. Z opóźnieniami niestety, ale zawsze. Za to z kompilowaniem listy obrazów złych, gorszych i badziewnych było trochę kłopotów. Z pozoru może to brzmieć jak dobra wiadomość – łał! nie wychodzą w Polsce knotowate filmy grozy! Brzmi wiarygodnie? Oczywiście, że nie. Po prostu nawet najtwardsi horroryści mają czasem dość, kiedy na półkach sklepowych dostępne są kolejne kręcone kompletnie bez polotu niskobudżetowce dla nie wiadomo kogo.
Być może niektórych zaskoczy pierwsze miejsce na liście knotów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ilość materiałów promocyjnych, które wisiały na Danse Macabre. Cóż, po projekcji okazało się, że ów film niekoniecznie wart jest takiej reklamy. Absolutnym dnem też nie jest, ale pierwsze miejsce jest chyba próbą odreagowania nadziei wiązanych z tytułem i rozczarowania seansem. Niemniej jednak w horrorze dzieje się dużo dobrego, a naszym zdaniem 10 najlepszych filmów, które ukazały się w zeszłym roku na polskim rynku jest tego znakomitym dowodem. Ciekawostką tegorocznego podsumowania jest dwugłos na temat „Dorothy Mills”, która znalazła się w obu zestawieniach. Dlatego kończąc już moje marudzenia, zapraszam do zapoznania się z listą kitów i hitów 2009 według Danse Macabre.
grzEGOrz
Najlepsza 10
10. Taniec truposzy

Dance of the Dead
reż. Gregg Bishop
9 pkt.
Dobrych komedii grozy nigdy za wiele. Jak się obowiązkowo w takich momentach podkreśla - to gatunek trudny, na którym połamało sobie zęby wielu reżyserów ( w tym Jason Stutter, który znalazł się na drugim biegunie fajności naszego zestawienia ze swoim „Diagnoza: śmierć”). Tym bardziej cieszy, że w najlepszej dziesiątce znalazły się aż trzy filmy, które można zaliczyć do tego nurtu. Obraz Gregga Bishopa to odwołania i rozpoznawalne tropy gatunkowe połączone w arcyzgrabną całość, a wszystko to za niewielkie pieniądze. To „The Breakfast Club” spotyka „The Return Of The Living Dead”. Do tego jedna sekwencja, która każe z podziwem myśleć o kreatywnym wykorzystaniu ograniczonych funduszy, którymi dysponowali twórcy. Oraz, może nieco zbyt nachalna, apoteoza wszystkich geeków świata.
grzEGOrz
9. Sauna

Sauna
reż. Antti-Jussi Annila
11 pkt.
Recenzja filmu „Sauna” od pewnego czasu gości na naszej stronie. Mimo umiarkowanego zachwytu recenzenta flagga, film znalazł się wśród najwyżej ocenionych przez redakcję tytułów roku 2009. Oczywiście, mogę tu mówić wyłącznie za siebie, ale chyba większość widzów tego filmu zgodzi się z tym, że główną zaletą „Sauny” jest oryginalność. Jej akcja rozgrywa się w XVI-wiecznej Finlandii, znajdującej się wówczas pod panowaniem Szwecji. Po zakończeniu wojny między Szwecją i Rosją, dwóch braci , Erik i Knut, wyrusza z zadaniem wytyczenia granicy między obu krajami. Niełatwa misja rzuca ich oddział do wioski ukrytej wśród złowieszczych bagien, w której mieści się osobliwy budynek sauny – łaźni, w której, według miejscowych, można oczyścić swą duszę. Już sam opis filmu sugeruje, iż możemy zapomnieć o schematach, do jakich przyzwyczaiło nas skomercjalizowane kino grozy, zalewające ostatnio polskie ekrany i kioski tandetnymi fabułami. Skandynawsko-rosyjskie zależności odczuwalne są zarówno w treści, jak i w formie filmu. Nasz redakcyjny kolega słusznie w swej recenzji wspomina kino Bergmana czy Tarkowskiego. Umiejętności reżysera sprawiają, że „Saunę” można oglądać jak zwykły horror z ładnymi zdjęciami, rozgrywający się w ciekawym miejscu, ale usatysfakcjonowani będą, moim zdaniem, również ci, którzy lubią pomyśleć i z każdym kolejnym seansem odkrywają coś nowego w oglądanym filmie.Mam nadzieję, że Antti-Jussi Annila nie poprzestanie na tym i da wielbicielom niebanalnego kina grozy jeszcze niejeden powód do radości.
Kamikadze
8. Zombieland

Zombieland
reż. Ruben Fleischer
12 pkt.
Jeśli miałbym podać jeden film grozy, który w ubiegłym roku oglądałem od początku do końca z szerokim uśmiechem na twarzy, to nie miałbym wątpliwości: „Zombieland” rocks! Film Rubena Fleischera jest niemal definicyjnym przykładem wzorcowej horror komedii: genialnie balansuje między pełną gagów farsą, czystej krwi horrorem o zombie a pełnym empatii buddy movie. Sukces zawdzięcza on w dużej mierze świetnie napisanemu scenariuszowi, z pierwszorzędnymi dialogami i bohaterami, do których od pierwszej chwili odczuwa się ogromną sympatię. Dodajmy do tego soczyste odwołania do kultury popularnej (zatrudnienie Woody’ego Harrelsona z jego ekranowym wizerunkiem bad guya było świetnym pomysłem), wprawną reżyserską rękę Fleischera i zagrane z wyczuciem konwencji kreacje całej obsady, by zobrazować kilka składników filmu, który konsumuje się z niekłamaną przyjemnością. Znakomite remedium na smętne knoty, które papcio Romero nam serwuje od jakiegoś czasu i kolejny, po „Dance of the Dead”, dowód na to, że zombie komedia wraca do łask!
flagg
7. Egzorcyzmy Dorothy Mills

Dorothy Mills
reż. Agnès Merlet
13 pkt.
Przed seansem „Egzorcyzmów Dorothy Mills” miałem bardzo wiele obaw. Tymczasem czekało mnie przyjemne rozczarowanie – kino opuszczałem z przeświadczeniem, że oto obejrzałem jeden z najlepszych horrorów roku! Być może był to efekt mojej słabości do filmów rozgrywających się w hermetycznych, oderwanych od świata społecznościach, nie muszę dodawać, że najlepiej wyspiarskich i dręczonych przez wyrodne religijne kulty! Kanonicznym przykładem takiego kina jest rzecz jasna „The Wicker Man” i trzeba reżyserce Agnès Merlet przyznać, że udało jej się przywołać na ekranie atmosferę tego niezapomnianego klasyka. Ale nastrój nie jest jedynym atutem opowieści o nawiedzeniu Dorothy Mills. Wystarczy wspomnieć o wspaniałym aktorskim duecie: pięknej Carice „Czarna księga” van Houten i Jenn Murray, nasączonych chłodem zdjęciach operatora Giorgosa Arvanitisa (współpracownika Theo Angelopoulosa i Catherine Breillat) i wreszcie o zręcznie poprowadzonym scenariuszu. „Egzorcyzmy…” są bowiem nade wszystko świetnie opowiedzianą historią, która na przekór oczekiwaniom przybiera rzeczywiście nadnaturalny obrót. Merlet swoim filmem przywołała niesłusznie zapomnianą tradycję mystery thrillera, a uczyniła to w takim stylu, że od razu chce się prosić o więcej!
flagg
6. Antychryst

Antichrist
reż. Lars von Trier
16 pkt.
Powrót Triera do horroru i w przynajmniej moich oczach, powrót udany. Jak zwykle w przypadku filmów Duńczyka opinie są niezwykle silnie spolaryzowane. Ale nawet najzagorzalsi krytycy powinni zdjąć czapki z głów w uznaniu dla kreacji aktorskich Gainsboroug i Dafoe. Również oprawa wizualna stanowi ucztę dla oka - szczególnie kręcony kamerą Phantom prolog. Ale również Eden ma swój fascynujący urok, który udało się niepokojąco oddać na ekranie. Momentami ocierająca się o (niezamierzoną?) śmieszność medytacja nad gwałtownymi ludzkimi uczuciami, która udowadnia, że horror to jeden z najwłaściwszych gatunków do poważnego filozofowania w kinie.
grzEGOrz
5. Martyrs – Skazani na strach

Martyrs
reż. Pascal Laughier
30 pkt.
Głośny film francuskiego reżysera wzbudził na świecie sporo kontrowersji. Jedni byli zachwyceni odważnym i pełnym przemocy filmem, o którym trudno było zapomnieć po seansie, drudzy byli zniesmaczeni poziomem brutalności przekraczającym granice racjonalności. Co by jednak nie napisać, jedno jest pewne: Francuzi po raz kolejny pokazali, że potrafią w kinie grozy przekraczać granice, do których inni baliby się zbliżyć. „Martyrs” to film realistyczny, szokujący, ciężki i nieprzyjemny w odbiorze, nie pozbawiony pewnych rys, ale jednocześnie prowokujący, otwarty na interpretacje i wymagający od widza dużo większego zaangażowania intelektualnego i emocjonalnego niż przeciętny obraz gatunku. Po warunkiem, że przetrwa się seans do końca. Ten kto go nie oglądał, z pewnością stracił jedną z ważniejszych premier zeszłego roku.
.
Mort
4. Manhunt - Polowanie

Rovdyr
reż. Patrick Syversen
32 pkt.
Esencja filmowego survivalu. Fabułę znamy co prawda na pamięć (jest las, są młodziaki i banda zwyrodniałych rednecków = walka na śmierć i życie), ale całość opakowana jest w taki sposób, że bez specjalnego trudu rozkłada konkurencję na łopatki. Piękne zdjęcia w szerokoekranowym formacie Scope, znakomita realizacja, wiarygodne kreacje aktorskie, naturalistyczne sceny przemocy i obowiązkowa pesymistyczna konkluzja – wszystkie te elementy czynią z tego norweskiego shockera pozycję obowiązkową dla wielbicieli mocnego kina. Wysokie skoki ciśnienia i ekstremalne przeżycia gwarantowane! Wraz z mistrzowskim „survivalem zaangażowanym” w postaci „Eden Lake” i wystawnym animal attack „Rogue” z jedną z najbardziej antologicznych scen filmowych ostatniej dekady (pojedynek w jaskini), norweski „Rovdyr” dowodzi, że survival zajmuje uprzywilejowaną pozycję we współczesnym horrorze. Oby utrzymał ją jak najdłużej!
flagg
3. Upiorna noc Halloween

Trick ‘r Treat
reż. Michael Dougherty
33 pkt.
Mój osobisty faworyt tegorocznego podsumowania. Wysmakowany wizualnie, dopieszczony i przewrotny hołd złożony nowelowym opowiastkom grozy takim jak „Tales from the Crypt”. Nie ma więc hektolitrów krwi i szokowania widza ekstremalną brutalnością – reżyser idzie zupełnie w poprzek aktualnym trendom w kinie grozy. Jest powrót do nieco zapomnianej tradycji i to w jakim stylu. Te kilka przeplatających się nawzajem historii jest opowiedziane ze swadą i wyczuciem konwencji, na szczęście bez przyprawiającego o ból zębów moralizatorstwa. Jest świetna postać halloweenowego monstrum – Sama Dyniogłowego. Twórcom udało się uchwycić ten magiczny klimat , który mi osobiście kojarzy się z takimi filmami jak „The Goonies”. „Upiorna noc Halloween” (polskim tłumaczom nieustający list miłosny i tym razem piszę) tak bardzo trafiła w moje gusta, że ciężko mi wymyślić choćby jeden krytyczny głos pod jej adresem. Zastanawiam się tylko, ile film by stracił, gdyby zachowano linearność fabuły, co było pierwotnym zamysłem. Na szczęście jednak na etapie montażu Dougherty’emu zasugerowano zabawę formą i wyszło to naprawdę świetnie.
grzEGOrz
2. Zabójca

Rogue
reż. Greg McLean
34 pkt.
Australia jeszcze nigdy nie była tak piękna i tak przerażająca jak w filmach Grega McLeana. Po kapitalnym „Wolf Creek”, który wygrał w naszym podsumowaniu dwa lata temu, tym razem reżyser zaproponował nam wstrząsający animal attack. Pieszczące oko, prześliczne plenery zastawiono tu z dziką i nieokiełznaną siłą natury w postaci gigantycznego krokodyla. Reżyser świetnie wprowadza widza w historię, nieco go zwodzi i usypia, aby potem zaatakować z potężną mocą. Nigdy nie należałem do fanów takich opowieści, ale jak widać gdy tylko sensowny scenariusz trafia w odpowiednie ręce, może powstać doskonałe działo. McLean niepokoi, zaskakuje, porywa, przeraża, przykuwa widza do fotela i nie daje mu odetchnąć aż do końca. Całości dopełniają przemyślane postaci, świetne efekty CGI i doskonale odwzorowane zachowanie zwierzęcia. Z niecierpliwością wyczekuję kolejnych filmów reżysera.
Mort
1. Eden Lake

Eden Lake
reż. James Watkins
49 pkt.
Jazda do piekła survivalu bez trzymanki. “Eden Lake” miażdzy, zwala z nóg i nurza widza w zwierzęcej brutalności. Weekendowa wycieczka nad Rajskie Jezioro kończy się dla młodej pary z miasta niewysłwionym koszmarem, kiedy będąc już na miejscu natykają się na grupę aroganckich nastolatków. Szybko dochodzi do eskalacji przemocy i okrutnej walki o przetrwanie... Tchnący autentyzmem i niezwykle ponury brytyjski survival horror z kilkoma sekwencjami bezkompromisowego terroru. Przeraża nie tylko widok mężczyzny umierającego od ran zadanych tapicerskim nożem, lecz także młodociana gówniara nagrywająca sadystyczne akty przemocy telefonem komórkowym. “Eden Lake” w dobitny sposób pokazuje, do jakże ohydnych czynów zdolne są dzieci pod wpływem presji ze strony otoczenia. Dzieciaki z dysfunkcyjnych rodzin biorące odwet na obojętnym świecie poprzez stopniowe rozkręcanie spirali destrukcji, wandalizmu i przemocy.
Embalmer
Najgorsza 10
10. Egzorcyzmy Dorothy Mills

Dorothy Mills
reż. Agnès Merlet
29 pkt.
Mimo, iż „Egzorcyzmy Dorothy Mills” (osoba odpowiedzialna za tak beznadziejny polski tytuł powinna schować się do jakiejś dziury) spotkały się w redakcyjnym gronie z dość życzliwym przyjęciem, to jednak dodam od siebie łyżkę dziegciu. Mam świadomość tego, że w obecnych czasach trudno zabłysnąć inwencją w skonwencjonalizowanym gatunku, jakim jest horror. Nie mam też pretensji do reżyserki „Egzorcyzmów” o jawne nawiązania do kilku klasycznych filmów grozy, jak „Nie oglądaj się teraz”, „Karnawału dusz”, czy, przede wszystkim, kultowego, nomen-omen, „Kultu” (znany wśród fanów grozy jako „The Wicker Man”). Jednak historia sprawia na mnie wrażenie obliczonego na sukces, chłodnego kolażu motywów i pomysłów. W opowiedzianej fabule brak spontaniczności i inwencji. Skoro bohaterka nosi w sobie tragedię utraty dziecka, to wiadomo, że jej doświadczenie i szczególna wrażliwość zostaną wystawione na próbę. Jeśli jako psychiatra przybywa do zamkniętej, irlandzkiej społeczności, łatwo domyślić się że nie powitają jej tam fanfary i że jej pobyt będzie wielce utrudniony. Wreszcie, gdy jej zadaniem jest dotarcie do dziewczynki, która zdaje się cierpieć z powodu wielorakiej osobowości, widz może zacząć domyślać się, że w tej zamkniętej społeczności wydarzyło się kiedyś coś, w co zamieszani są wszyscy i co musi znaleźć wreszcie ujście. Katharsis wszak musi być. Tego typu historie mogą sprawić, że widzowie w napięciu współuczestniczą w rozwiązywaniu zagadki. Jeżeli chodzi o mnie, to chętnie daję się porywać reżyserowi i wciągam się w opowieść. Jednak tym razem pozostałam obojętna na zabiegi Agnes Merlet, usiłującej z tej zimnej opowieści wykrzesać jakąś iskrę powodującą niepokój czy obawy. Prawdopodobnie widziałam zbyt wiele filmów tego typu. Może jednak inni widzowie dadzą się zaprosić do odgadnięcia zagadki Dorothy.
Kamikadze
9. Diagnoza: Śmierć

Diagnosis: Death
reż. Jason Stutter
14 pkt.
Kiedy film jest reklamowany nawiązaniami do wczesnych dzieł Petera Jacksona, wiadomo, że należy zwiewać gdzie pieprz rośnie. Sam nie jestem wielkim fanem „Bad Taste” (bo przecież nie do „Meet The Feebles” się odwołują twórcy takich skojarzeń, ani tym bardziej do „Braindead”), ale kreatywność twórcy „Heavenly Creatures” zasługuje na uznanie. Humor w tym akurat dziele może mniej. Tymczasem zwrot „w duchu wczesnego Petera Jacksona” należy przecież czytać następująco – reżyser chciał nakręcić coś w takim duchu, ale wyszło mu dzieło o dwie (conajmniej) klasy niższe. Może więc zapomnieć o porównaniach i oceniać „Diagnozę: śmierć” w oderwaniu od kontekstu? Czemu nie. Niestety nadal jest słabo. Szkoda to pisać, choćby ze względu na udział Flight of the Conchords w epizodycznych rólkach. Film Jasona Stuttera nieprzesadnie bawi (mimo kilku niezłych dialogów), a humor prezentowany na ekranie nie należy do szczególnie wyszukanych. Nie będę się oczywiście czepiał, że Diagnoza nie straszy, ale mogłaby jednak nieco bardziej śmieszyć. Do tego pretensjonalna, kompletnie pretekstowa fabuła, z której nic nie wynika i grubą krechą rysowane postacie, które mają być jedynie nośnikiem gagów. Okazuje się jednak, że niektórym nowozelandzka produkcja przypadła do gustu. Kim Newman w swojej rubryce w Empire uznał „Diagnosis: Death” za nietypowe a poruszające ghost story (sic!). Ale nie należy zapominać, że w swoim Lochu angielski krytyk zajmuje się kinem raczej z dolnej półki.
grzEGOrz
8. Piła VI

Saw VI
reż. Kevin Greutert
15 pkt.
Muszę przyznać, że byłem lekko zaskoczony ciut nie entuzjastycznymi reakcjami kolegów po Horror Festiwalu, którzy pisali, że nowe przygody Pana Zagadki to obraz zdecydowanie lepszy od poprzedników. Gdy przeleciały już napisy końcowe, kiedy miałem wreszcie okazję obejrzeć szóstą odsłonę serii, pomyślałem sobie – ale o so cho? Nakręcić coś lepszego niż poprzednia część nie było sztuką specjalnie skomplikowaną. Ale żeby od razu się emocjonować, że obraz spod ręki Kevina Greuterta daje się obejrzeć nie przysypiając? Scenarzyści zafundowali widzowi powrót do formuły gmatwania, motania i komplikowania wydarzeń, które wydaje się że oglądający poznał już z każdej możliwej strony podczas oglądania poprzednich części. Cóż, żeby się w tym wszystkim połapać trzeba oglądać serię jako jeden długi film, i to najlepiej z notatnikiem w ręku. Chyba trochę szkoda czasu, mimo że Piła próbuje być horrorem o wymiarze społecznym. Tym razem Jigsaw zza grobu męczy pracowników korporacji ubezpieczeniowej (bardzo na czasie w świetle prezydentury Obamy i bojów o reformę systemu ubezpieczeń). Niemniej jednak tradycji stało się zadość i kolejna część Saw ląduje w po stronie szrotów w naszym podsumowaniu.
grzEGOrz
7. Oszukać przeznaczenie 4

The Final Destination
reż. David R. Ellis
18 pkt.
Rok 2009 miał w kinie grozy stać pod znakiem trójwymiaru: na premierę oczekiwały „Krwawe walentynki”, „Piranha” (krwiożercze rybki ostatecznie ujrzymy dopiero latem 2010) i czwarta część „Oszukać przeznaczenie”. Z rewolucji jednak jak na razie nici – oba wyżej wspomniane filmy (choć remake Lussier – przyznaję uczciwie – jeszcze się broni) dowodzą, że cały „3-D-hype”, to jak na razie „wiele hałasu o nic”. Czwarta odsłona cyklu tak udanie zapoczątkowanego na początku lat 2000. przez Jamesa Wonga, utraciła wszelkie atuty pierwowzoru. Film Davida R. Ellisa, także autora najlepszego epizodu serii, czyli dwójki z pamiętną sceną karambolu na autostradzie, to tylko sukcesja pozbawionych polotu scen śmierci, której ofiarą padają równie lotne nastolatki (Devon Sawa, where are you?). Nawet poszerzenie śmierci o dodatkowy wymiar przyniosło mizerne rezultaty. Od pełnego utknięcia na mieliźnie film ratuje ostrze satyry duetu Ellis/Bress, którzy portretują młodych Amerykanów jako rasistów i bezmózgich konsumentów (bohaterka odreagowuje śmierć przyjaciół zakupami w supermarkecie). „Fajnie, oglądam debili na ekranie”, to niestety jedyna nagroda pocieszenia za półtorej godziny tego bardzo „płaskiego” kina.
flagg
6. Giallo

Giallo
reż. Dario Argento
19 pkt.
Począwszy od końca lat 90. i „Upiora z opery” twórczość mistrza włoskiej grozy jest tylko ciągiem mniej („Non ho sonno”) lub bardziej („La terza madre”) spektakularnych rozczarowań. Do „Giallo” podszedłem zatem z dużą dozą dobrej woli i z oczekiwaniami na poziomie minimum. Wiadomo, że mistrz nie w formie, ale można było przynajmniej oczekiwać zgrabnie opowiedzianej historii kryminalnej. Nic z tego. „Giallo” jest katastrofą na każdym możliwym poziomie, której wady można by długo wyliczać: ultra-konwencjonalna historia (fabuła jest pozbawiona najmniejszego zwrotu akcji!), karykaturalne kreacje aktorskie, patetyczne kwestie wygłaszane z namaszczeniem godnym aktorów szekspirowskich, absolutny brak dystansu do materiału i wreszcie żenujący szwarccharakter z czerwoną opaską à la Rambo (w ramach ciekawostki warto nadmienić, że także odegrany przez Adriena Brody). Kilka nawiązań do własnej twórczości (szczególnie w pierwszym kwadransie) cieszy oko, ale na resztę wypada spuścić zasłonę... Za oznakę artystycznej niemocy Argento może poświadczyć choćby fakt, że oto niegdysiejszy wirtuoz obrazu inspiruje się w filmie estetyką z pogranicza torture-porn drugiego sortu (bliżej tu jednak do „Torturer” Bavy juniora niż do „Piły”). To już nie jest ambitna porażka, ale po prostu żenada.
flagg
5. Śmierć się śmieje

Amusement
reż. John Simpson
20 pkt.
Redakcja Danse Macabre najwyraźniej jest pozbawiona humoru, bo „Amusement” zupełnie nas nie rozbawił. Ten nonsensowny zlepek przypadkowych kadrów zdecydowanie bardziej nas poirytował. Film trafił na naszą listę rzutem na taśmę, ale w pełni na to zasługuje, bo rzadko kiedy ma się do czynienia z tak głupim scenariuszem. Historia zupełnie nie trzyma się kupy, całość jest rozklekotana i pełna porażająco idiotycznych pomysłów, nawet jak na standardy horrorów. Kropkę nad i stanowi wybitnie męczący Keir O'Donnell w roli wariata, który co jakiś czas rży bez sensu, wywołując u widza co najwyżej duże zażenowanie. Twórcy starali się nieco ratować sytuację zatrudniając kilka ładnych dziewczyn, natomiast niewiele to zmienia: banał goni banał, bzdura bzdurę, dlatego też po obejrzeniu „Amusement” człowiek mimochodem wspomina z przyjemnością „Doktora chichota”.
Mort
4. Wizje

Visions
reż. Luigi Cecinelli
16 pkt.
(…) rozwlekły, nudny i pozbawiony grozy thriller psychologiczny inspirowany stale rosnącym fenomenem "Piły". Jego powiązań z popularnym w latach 70-tych i 80-tych nurtem giallo nie byłem w stanie dostrzec...
Embalmer
3. Uciec przeznaczeniu

Open Graves
reż. Álvaro de Armiñán
30 pkt.
Wyjątkowo marne połączenie „Jumanji” i „Oszukać przeznaczenie”, skierowane raczej do nastoletniego widza. Tyle, że nawet i on może mieć duże problemy z pozytywną oceną tego filmu. Kogo bowiem zafrapuje prosta i mało przekonująca opowieść, w której jest dużo słabych efektów komputerowych, natomiast zabrakło grozy, odpowiedniego nastroju i dynamiki. Przy kręceniu „Open Graves” ktoś najwyraźniej zapomniał, że miał to być horror i efekt był taki, że powstał obraz, który bardziej może aspirować do miana kina przygodowego z elementami nadprzyrodzonymi. W każdym razie widzowie, którzy mieli okazję oglądać „Open Graves” to w ramach horrorfestiwalu 2009 przysypiali z nudów i to jest najlepsza ocena dla tej hiszpańsko-amerykańskiej produkcji. Nawet zmysłowa i seksowna jak zwykle Eliza Dushu nie jest w stanie jej pomóc. Im mniej takich filmów, tym lepiej.
Mort
2. Nienarodzony

The Unborn
reż. David S. Goyer
31 pkt.
Oglądanie hollywoodzkich knotów to już od dłuższego czasu spora męczarnia. Już nawet ich krytykowanie staje się powoli nudne. Tyle że nie da się niestety inaczej, gdy serwuje się nam kolejne przeróbki, odgrzewane kotlety, chamskie kopie innych filmów lub takie, rzekomo oryginalne, zakalce pokroju „The Unborn”. Jedyne pozytywy to pociągająca Odette Yustman, której piękne kształty każdy mógł podziwiać na plakacie promocyjnym oraz powykręcane ciało przygotowane przez speców z KNB. Niestety cały film jest tak nieporadny, jak to ludzkie dziwadło: reżyser nie ma żadnej sensownej koncepcji co chce pokazać, fabuła to zestawienie nie pasujących do siebie elementów, wszystko sklecone tak marnie i bez życia, że pozostaje tylko siedzieć i dalej płakać nad stanem obecnej amerykańskiej kinematografii. Tylko co w tym wszystkim robi Gary Oldman?
Mort
1. Udręczeni

Haunting in Connecticut
reż. Peter Cornwell
33 pkt.
“Udręczeni” stylistycznie przypominają “Silent Hill” Christophe Gansa oraz nieomal każdy amerykański remake J-horroru zrealizowany w ciągu ostatnich 5 lat. Rutyna goni rutynę: dom na miejscu złowieszczych rytuałów, tajemniczy pokój w piwnicy, surrealistyczne halucynacje, w których pojawiają się nieumarłe zjawy, chłopiec wymiotujący potokami ektoplazmy, nieudany egzorcyzm, szybkie cięcia (jak dla mnie bolączka współczesnego kina grozy) i masa żenujących jump scares. Nie wolno zapomnieć o wyraźnym odniesieniu do “Egzorcysty” Williama Friedkina w osobie dotkniętego nowotworem sługi Boga (pamiętny z “Crash” Elias Koteas). Nudny, pozbawiony grozy, melodramatyczny i na wskroś przewidywalny gniot, z którego zapamiętałem najbardziej odkrycie pudełka ludzkich powiek. A to, że jest oparty na autentycznych wydarzeniach należy między bajki włożyć. I pomyśleć, że przez pewien czas reklamowaliśmy “Udręczonych” na naszym portalu. Zdecydowanie omijać!
Embalmer
Autor: Redakcja DM